poniedziałek, 24 marca 2014

Ujawniamy co nieco!

Nie zniknęłam na zbyt długo tym razem ;) 

Wena dokucza lenistwem, ale coś się wciąż dzieje. Zamiast robić na drutach kolejne serwety czy mitenki albo szale, chwilowo przerzuciłam się na haft krzyżykowy i spodobała mi się ta zabawa ;) zdjęć chwilowo brak - czas jakoś się nie trafia równocześnie ze słońcem i chęcią do robienia zdjęć :P ale nadrobię... kiedyś... być może... :P

W międzyczasie jako jedna z 3 osób złapałam okrągły licznik u Wioli. Gratuluję pozostałym zwyciężczyniom ;) wiem jak mnie się ze zdenerwowania i niecierpliwości trzęsły ręce, kiedy celowałam w te 100 000 ^^ najbardziej cieszę się, że złapałam - kawałek farta był mi potrzebny wobec wszechobecnej szarugi ostatnimi czasy ;)

Tymczasem pracuję intensywnie nad 15 rzeczami na raz, z których nie wszystko mogę jeszcze ujawnić, opowiedzieć, pokazać. Uchylę jednakowoż rąbka tajemnicy. 
Otóż z okazji pięknego minionego weekendu, razem z J. wybraliśmy się do ZOO (zobaczać leniwce i nie tylko, ale głównie leniwce) oraz do naszej kochanej Wilgi z wizytą. Pogodę mieliśmy absolutnie przepiekną, tak piękną, że na zdjęcia udziergów znowu weny nie starczyło :P ale za to widoki zza drzew były nietypowe:

Zza drzewa wystaję ja a dokładnie kawałek mnie i prawie cała dodatkowa persona

Jak już J. na swoim blogu poinformował, czas jakiś temu "zmuszeni" zostaliśmy do nabycia drogą kupna upgrade'u do naszego jeździdełka. Chwilowo zajmowany przez koty, docelowo trafi na tylną kanapę. Zakupiliśmy prestiżowy, multiinterfejsowy, wymiotoodporny (chciałabym) fotelik dla Potomka. Fotelik wejdzie do stałego użycia jakoś na początku sierpnia ;) 

A razem z nim cała fura dzieciorzeczy, za które przez kolejne lata bedziemy dziękować dobrym duszom, oraz troszkę drobiazgów co sama przygotowałam, szykuję teraz albo jeszcze mam w planie ;) Zdjęć również chwilowo brak :P

Uprzedzając pytania ewentualne - czuję się rewelacyjnie, żadnych dolegliwości, waga wskazuje zdecydowanie zbyt duże liczby a płeć Potomka pozostaje niepotwierdzona. No i mogłabym się żywić czekoladą, której normalnie nie jadam za wiele ^^

Tą króciutką informacyjką pozdrawiamy wszystkich, już w oficjalnym zestawie 2+1 (choć to +1 jeszcze po niewłaściwej stronie brzucha) i do następnego wpisu - tym razem już ze zdjęciami jakimiś ;)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Wielki comeback!

Obiecałam Dziewczynom Kochanym (wy wiecie o kim mówię :P), że wrócę. 

Dalej nie mogę znaleźć weny tfurczej na usprawiedliwienie się :P powiedzmy ogólnie, że życie wywróciło mi się do góry nogami, na lewą stronę i jeszcze trochę skrzywiło się po skosie :P Może później, stopniowo coś napiszę, ale skoro mam wrócić na ciepłe łono blogosfery na dłużej, nie mogę zacząć z grubej rury.

Mag-ik wymogła na mnie obietnicę, że jak tylko zakończę aktualna robótkę to coś napiszę, zatem piszę :P

Ostatnio wpadłam w serwety robione na drutach. Dostałam spadkowy, wiekowy kordonek, a nawet kilka, w różnych kolorach... No dobrze, żeby być uczciwą, muszę przyznać, że dostałam cały wór kordonka, a z zapasu każdego koloru można by obszydełkować cała rodzinę :P

Z szydełkiem jakoś nigdy się nie polubiłam więc przez dobre pół roku zachodziłam w głowę, co ja mogę z tego kordonka zrobić. Prób było kilka, kilka pomysłów, wszystkie do bani. Ostatnio dopiero, nie wiem co mnie napadło, pomyślałam - serwetka i zobaczymy bo później być może serwetki, sztuk więcej. Zabrałam się za druty, oczywiście najcieńsze jakie mam w stajni - 2,0 KnitPro, wybrałam ciekawy niebieski kolor, wzór: Doily with Spiral by Verlag Otto Beyer Design Team i jazda. Poszło błyskawicznie, na tyle szybko i prosto, że mi się spodobało :) Uwielbiam robić chusty i szale z delikatnych włóczek i obserwować jak wzór przyrasta, ale to była zupełnie inna bajka ;)

Zdjęć brak - serweta prosto z krochmalenia wylądowała u ciotki-od-kordonków i wzbudza zachwyt :P przy okazji wizyty jakiejś pewnie przywiozę zdjęcia. Wzór tylko w formie opisowej, z resztą na początku zawsze było mi łatwiej korzystać właśnie z takiej. 

Po próbie zwieńczonej sukcesem, przeszukałam odchłanie internetów i wybrałam wzór kolejny (zamówienie na prezent po rodzinie) Frosted Ferns #7633 by Herbert Niebling - a bo czemu nie :P robiłam 8 dni i myślałam chwilami, że serdecznie znienawidzę serwetki a w szczególności miliardy podwójnych narzutów, w których H. Niebling się lubował w swoich wzorach. Specjalnie na tapecie trzymałam zdjęcie gotowej serwety bo wiedziałam, ze jeśli zabraknie mi pary to rzucę w kąt i nigdy nie wrócę. Nienawidziłam tej serwety. A jeszcze trochę głupio rozpisany wzór, który zamieściło wydawnictwo "a ja TAK czytam schemat" i podało, że w rzędzie 74tym trzeba przeciąć włóczkę, przełożyć 30 oczek i zacząć od nowa... 

A. w rzędzie 72 (zawczasu) pokazała rozpisce to co Kozakiewicz i zaczęła korzystać ze schematu.. I zaczęło się układać :) Nareszcie widziałam wzór, wiedziałam jak idzie dalej, czy nie ma błędu, a jak się trafił to bez godzinnych rozważań czy cofania się po jednym oczku, naprawiałam od ręki. Znacie to pewnie - ten moment kiedy dokładnie widzisz, jakie oczko zaraz przejdzie w jakie oczko, nie dlatego, że znasz wzór na pamięć, ale dlatego, że jest to ze wszech miar logiczne :) 

W każdym razie, serweta skończyła się wczoraj jeszcze innym brzegiem niż sugerowane - pozamykałam te setki oczek szydełkiem, tak jak kiedyś pokazała IK ;) jednak dopiero dzisiaj wyrysowałam koło, zaznaczyłam na oko 30 punktów po okręgu , wykąpałam serwetę w krochmalu i ponapinałam (z krochmalem wiąże się ciekawa historyjka ale to innym razem ;)) i oto ona: 
zdjęcie na świeżo wygrzebanym z piwnicy materiale zrobione ziemniakiem - wybaczcie, nie chciało mi się wyciagać wypaśnej lustrzanki :P średnica prawie 120 cm

Do Nieblinga nie wrócę za szybko - to na pewno, ale nie jest to moja ostatnia serweta w karierze... Chwilowo odrzucają mnie jedynie nieprzebrane ilości podwójnych narzutów. 

Kobiecie Szyjącej obiecałam za to wieści z frontu roboczego :P ogólnie - nędza... słaby moment startowy, dodatkowy poślizg i weszłam na rynek w najgorszym możliwym momencie. Dla wszystkich innych: w październiku odeszłam z Wielkiej-i-Prężnej-Instytucji-Finansowej, poszłam na swoje i... się nie zachwyciłam. Polskie prawo wychodzi z założenia, że skoro jestem przedsiębiorcą to, za przeproszeniem, wydalam pieniądze w dużych nominałach i ilościach. Jeśli komuś się też tak wydaje to wyprowadzam z błędu. Prowadzę firmę handlową, po opłaceniu wszystkich mniej lub bardziej "dobrowolnych" składek i opłat wychodzi na to, że nawet kosztów jeszcze nie pokryłam. A gdzie dalsze zaopatrzenie? gdzie jakieś inwestycje? gdzie jakikolwiek zarobek? niestety przychody zostają przeżarte, bo skądś na ZUS trzeba mieć, jakoś prąd zapłacić i coś do lodówki włożyć. 

Także aktualnie zimuję, czekam aż trochę większa kasa się trafi to pojadę znowu do Włoch i przywiozę coś bardziej wiosennego. Smutne to, ale nie zaoferuję klientkom ubrań z centrum chińskiego pod Warszawą jako "made in Italy" tylko dlatego, że jak inni sprzedawcy poucinam im te kawałki metek, na których chińskie znaczki widniały (tak - sytuacja w dobrze znanym i odwiedzanym często butiku w centrum stolicy...-.-). Jeśli któraś z Was ma ochotę zerknąć na mój asortyment, pozwolę sobie na reklamę (za którą też nikt mi nic nie płaci :P) i zapraszam: www.100am.pl lub na fejsbóku: 100AM :)

Wieści mam znacznie więcej, ale stopniowo jak te wschodnie tancerki zrzucają woale, tak ja je będę dawkować. Postaram się was nie zanudzić i wrócić na bloga już bardziej na stałe ;)

Na "do widzenia" - nasze paskudy (w ciągu tego roku najmłodsze dziecię nam dorosło i średnio raz na miesiąc funduje nam okres wycia i mrałczenia).





A to Rudi - ponoć wyjątkowo wredne, już bezjajeczne kocisko mojego brata ;)


Ps: Na fejsie w grupie Warszawa szyje wrzucałam już to zdjęcie :) ale tutaj też się pochwalę. Co znalazłam w naszej piwnicy, odkurzyłam i zachwyciłam się faktem, że działa i to działa cichutko ;)