piątek, 29 marca 2013

z wielką pompą życzę

Chciałabym niniejszym życzyć Wam wszystkim wesołego bałwana, ośnieżonej choinki i rubasznego.... królika. Zastanowienie mnie dzisiaj złapało - grudzień to czy prawie kwiecień? Popatrzyłam po okolicznościach domowych i:
 - mam brudne okna - kto w zimie będzie je mył - logiczne,
 - choinki, sztuk dwie, mają się całkiem nieźle, jeśli przejadę się kawałek po mieście i odwiedzę mamę, to nawet pooglądam choinkę ubraną w bombki i łańcuchy,
 - na parapecie z zewnątrz - śnieg,
 - temperatura - no ja Was proszę...-.-
Szybkie logiczne wnioskowanie - mamy Gwiazdkę. Zatem wielu prezentów pod choinką Wam życzę, może ktoś w końcu znajdzie tam wiosnę...-.-

Wpisu hydraulicznego nie będzie. Nasza umywalka przejawia pewne cechy przeciętnego sprzętu łazienkowego - leci do niej woda i nawet ta woda z niej odpływa prawidłowo, ale... No właśnie. Wkrótce zostanę stałym elementem ekspozycji w sklepie hydraulicznym - dzisiaj odbyłam tam kolejną pielgrzymkę. Nie ma to jak poniewczasie zorientować się, że skoro cała umywalka poszła do góry za sprawą szafki, to rurki doprowadzające wodę mogą być równie "za krótkie" co te odpływowe. Perfidnie zwalam winę na swoją absorbującą pracę w tym tygodniu. A reszta - cóż... Umywalka sama w sobie lata gdzie popadnie, ponieważ próbując wywiercić dziury w kafelkach pod jej mocowanie, dobiłam wiertarkę. Staruszką może nie była, ale w ramach protestu już przed moimi działaniami wierciła jeno trzymana poziomo pod odpowiednim kątem a trzymana w ręku - mieliła powietrze sama z siebie. Tak czy inaczej w każdym możliwym położeniu odmawiała dzisiaj współpracy - może to ta pogoda tak zadziałała.
Stwierdziłam, że chociaż ręce będziemy myć w święta jak ludzie - na stojąco, a nie z skłonie nad wanną i podłączyłam instalację mimo fruwającej umywalki. A gdzie tam! Ciepła woda leci jak ta lala, a zimna na mniej więcej ćwierć gwizdka -.- rozkręciłam całą instalację zimnej wody, wywaliłam ze dwa zwitki starej taśmy uszczelniającej z głębin rurek, skręciłam z nadzieją na nowo, odkręciłam wodę i... nosz kurna! Za radą ojca szanownego sprawdziłam perlator, czy nie zasyfiony - też nie. Zatem lany poniedziałek uczczę, w ramach protestu, pigułą śnieżna z parapetu... HOWGH!

Nie mam już siły do tej instalacji i dochodzę do wniosku, że gdybym się uparła celem zemsty, odnaleźć jej projektanta/wykonawcę to znalazłabym go niechybnie w domu wariatów...  albo szybko sama bym tam wylądowała -.- Porzucam temat do poniedziałku, kiedy być może złoży nam wizytę mój szanowny rodziciel i do gruntu technicznym umysłem ogarnie to diabelstwo.

Z ciekawostek - z trudnymi pytaniami odnośnie spraw technicznych zwracam się zawsze do swojego ojca, od którego wiatropylnie przejęłam wiedzę tego typu; z prostymi - polegam na internetach. Dzisiaj, zwróciwszy się do wujka Google z zapytaniem "wiercenie w glazurze" dostałam linka do strony na której było jak wół:

"Jak borować w glazurze? 
Często mamy pasztet, iż trzeba wywiercić odstęp w zapory na jakiej jest glazurka.wiercenie Normie główne: W glazurze drążymy nagminnym wiertłem do betonu albo dodatkowym wiertełkiem do binokle, gresu a ceramiki W wiertarce wykluczamy udar. Sposoby na wiercenie w "zamiaru".
Na płytce w miejscu wiercenia naklejamy taśmę, np. malarską. To będzie tłumiło ślizganiu się wiertła. Stopniowy sposób, ażeby zażegnać ślizganiu się wiertła jest spokojne zarysowanie szkliwa płytki, tam dokąd będziemy borować. Możemy w miejscu wiercenia przydzwonić gwóźdź a miękko przyłożyć w onego młotem. W miejscu najścia winniśmy pozostawać uszczypnięte szkliwo. Otóż wiertło nie powinieneś się ślizgać."

Oplułam monitor, obśmiałam się i rozesłałam znajomym, żeby dowiedzieli się, że trzeba przydzwonić gwóźdź a miękko przyłożyć w onego młotkiem oraz pamiętać o binoklach podczas szczypania szkliwa. No i mamy pasztet aktualnie - jak za oknem ;)

Drugie bolerko utknęło chwilowo, próbki do Still light tunic oraz Paulie się zrobiły, przydałoby się jeszcze je przeliczyć i porównać do podanych we wzorach ale nie miałam na to nawet chwili ostatnio. Szef mój w środę wyprawił wielką pożegnalną imprezę, w czwartek machnął ręką na do widzenia i się zawinął, a ja, jak po wszystkim wróciłam wczoraj do domu to czułam się w nim bardziej obco niż w biurze a następnie przespałam prawie cały wieczór i popołudnie. Także wybaczcie brak nowości w tematyce robótkowej, ale życie pod postacią pracy zarobkowej oraz hydrauliki mnie dogoniło i upomniało się o swoje.

Trzymajcie się zatem tam - jak ja - tej odrobiny nadziei, u mnie pod postacią ciurkającej zimnej wody. Na pożegnanie dodam tylko:



PS: Mężczyzna mojego życia: J. - żeby nie było wątpliwości, Król jest na drugim miejscu ;) wydał wraz ze swoim głównym składem płytę. TUTAJ możecie znaleźć zajawkę. Płyta jest absolutnie fantastyczna, proszę kupować i nabijać nam kabzę, żeby następnym razem umywalkę wymieniał nam pan, któremu za to zapłacimy ;)
A tu próbka (zespołu, nie Pana):


PS2: pamiętajcie, żeby jutro wypatrywać pierwszej gwiazdki zanim siądziecie do wigilijnej kolacji - jestem przekonana, że padliśmy ofiarą prób z wehikułem czasu i mamy aktualnie grudzień. I tej wersji będę się trzymać do końca, mojego lub jej. HOWGH!

Buziaki :)

wtorek, 26 marca 2013

nieparlamentarnie...

ponieważ tylko takie słowa się na ust mych korale cisną... normalnie jak nie urok to sraczka, nie miałaś babo kłopotu - kupiłaś sobie umywalkę i szafkę w sumie za 88 pln. Potem drugie tyle wydałaś na osprzęty i pomoce instalacyjne (bo z domu wszystko wywiało) a potem okazało się, że nic nie pasuje bo nowa umywalka ma ździebko gdzie indziej odpływ (dokładnie po sporym skosie od oryginału), rura odpływowa w ścianie lata jak sobie chce i nie da się jej uchwycić, pan w sklepie, po pół godzinnej dyskusji z użyciem fachowej nomenklatury i tak wcisnął ci niepasujące do siebie elementy, a sam sklep jest otwarty jedynie w godzinach 7:30-17:00. Z planów weekendowych wymiany umywalki zrobił się plan tygodniowy (5ty dzień wygięcia przy myciu rąk czy zębów nad wanną), mnie powoli powieka zaczyna latać w tiku nerwowym, panu w sklepie jutro z peryferiów zrobię jesień średniowiecza (zwłaszcza, że można go dorwać jeno w godzinach porannych, kiedy z zasady nie należę do zadowolonych ani nawet obojętnych ludzi), J. chowa się przede mną po katach i udaje że go nie ma a koty tylko udają. Co udają - tego jeszcze nie wiem ale jest to wyjątkowo denerwująco patrzący i oddychający gatunek. Jestem zła, jestem wściekła i para mi uszami strzela. 
A dom kompletu, późnym wieczorem szef, w drodze na ważną kolację dzwoni do mnie z zapytaniem "gdzie jest mój portfel?"... że jeszcze moja głowa nie zrobiła "PUF" i nie wybuchła - to jest cud prawdziwy i uważam dzień dzisiejszy za święto narodowe. Bo jak to wszystko w końcu weźmie i jeb.... hmmm, pierdyknie, to w Pernambuko przez 2 pokolenia będą się rodzić napromieniowane dzieci...

Normalnie jakiś taki okres jest. Co się nie weźmie człowiek to szlag coś trafia. Niech ta zima (skończyły mi się przekleństwa) się nareszcie skończy bo normalnie jeszcze chwila i się rozpuknę ze złości -.-

W międzyczasie, w wielkich bólach powstaje wiekopomny post pt: "W poszukiwaniu kąta prostego" traktujący o dobrodziejstwach własnoręcznych napraw w mieszkaniu, zwłaszcza takim z lat 60tych, nie remontowanym od lat 80tych...
Poza tym zrobiłam bolerko na słonia - jakbym miała już umywalkę to może bym pokazała. Robię również nowe bolerko, w rozmiarze bardziej zbliżonym do jednostki ludzkiej, oraz rozpoczynam próbkę na sweterek. W międzyczasie gnębiąc fasOlę pytaniami i wątpliwościami ;) No co ja poradzę, że ta &^*)^&%#$$*&)( umywalka nie chce sama się zrosnąć z odpływem? no co? no nic... i właśnie na taki opór materii nieożywionej opada mi wszystko łącznie z biustem . I to jest właśnie ten moment kiedy należy otworzyć flaszkę napoju wyskokowego (nie mylić z Red Bullem), złożyć ofierze losu w ofierze a następnie oddalić się po cichu i mieć nadzieję, że zima skończy się szybciej niż zapowiadają...

howgh, no i pozdrawiam i ten no...  trzymajcie się... i oddajcie mi wiosnę!!!!! :(

albo chociaż naprawcie umywalkę :(

pozdrawiam

wtorek, 12 marca 2013

Aktualności - w końcu ze zdjęciami :)

Znowu mnie rzeczywistość przycięła na chwilę ;) ale za to miałam szansę w praktyce sprawdzić jak się ma moja wiedza hydrauliczna. A ma się dobrze. Nowy osprzęt umywalkowy zdobi łazienkę mojej mamy i nic już jej nie cieknie w szafce a kran nie wygląda jak pożerany przez istotę z kosmosu ;) Moja nowa umywalka z szafeczką czeka na moment kiedy wypożyczę wyżynarkę i będę się dla odmiany pastwić nad swoją domową instalacją ;) Swoją drogą - jeśli planujecie w bliższej bądź dalszej przyszłości remonty bądź wymiany sprzętów - już zacznijcie obserwować promocje - nam udało się nabyć całkowicie wystarczającą szafkę z umywalką za całe 88 złotych polskich. Może pokażę stan początkowy (trupa domowego) i stan po, jeśli w ogóle chciałoby Wam się o tym czytać ;) Niestety - nasze mieszkanie wymaga remontu, takiego "zniszcz do zera i od zera robimy na nowo" a pociąga to za sobą koszty, których nie bylibyśmy w stanie pokryć aktualnie ani na przestrzeni najbliższych paru lat. Zatem jestem na etapie wynajdowania sposobów "jak tanio, z dużym nakładem pracy własnej zabalsamować trupa" pilnując zarazem przy kupowaniu sprzętów, żeby były one możliwe do wykorzystania po ewentualnym remoncie (o ile dożyją) i nie pozwalając na zarżnięcie budżetu domowego. Trudna to jest zabawa, wymaga mnóstwo siły, ale jak człowiek spojrzy jak bardzo poprawiły przydatność mieszkania dwa przemeblowania i jakieś malowanie, to aż chce się włożyć w to jeszcze troszkę siły. 

Chociażby - aktualnie na wiosnę planuję odświeżanie kuchni (J. już dostał wysypki na myśl ile to będzie pracy wymagało od nas obojga). Odświeżanie - malowanie (ściany są czarne - serio serio, malowanie kafelków - szare są, oraz fug - czarne aktualnie - jak to każde ponad-10-letnie), szlifowanie szafek (dziadek zrobił szafki drewniane - takie gniotsa niełamiotsa, musimy tylko zdjąć "cudny" czerwony kolor i pomalować na nowo oraz poprawić mocowanie ścienne), wymiana gumoleum i jakieś drobne poprawki. Drobne typu: jeden bok szafki trzeba wymienić po nadłamany, porządniej drzwiczki opadnięte zamocować, przesunąć lodówkę i obok niej zrobić dodatkowy schowek - takie tam pierdółki. Jak ma już człowiek dobrą wiertarkę (w naszym wypadku młot udarowy - kocham ściany ze zbrojonego betonu....) i wyżynarkę wypożyczone to reszta z górki.
Jeśli w ogóle bylibyście zainteresowani takim odbiegnięciem od tematu robótkowego (chociaż roboty remontowe to tez robótki ;) ) to z chęcią się swoimi doświadczeniami podzielę ;)

Wracając do tematu rękodzielniczo-drutowego. Aktualnie na drutach test bolerka dla fasOLI. Wzór dostałam już chwilkę temu, niestety poniewczasie zorientowałam się, że włóczki to jednak nie posiadam na składzie i muszę zamówić (wybrałam śliczny lawendowy kolorek). Nie byłabym sobą gdybym nie dobrała do zamówienia tego: 
 Zdjęcie bez kota jest zdjęciem straconym ;)

 Tam na dnie jest Kid Royal Alize - ale J. zapomniał ją ująć.



Szary i niebieski są z przeznaczeniem na TEN sweterek (może nareszcie wydziergam coś noszalnego). Włóczka to Zitron Trekking Sport - dostępna w  e-dziewiarce. Domawiałam już po zapłaceniu za pierwotne zamówienie i zostałam obsłużona iście po królewsku :) dziękuję serdecznie - jest Pani wspaniała :) Dwa rodzaje fioletu są na TĘ tunikę. Taki przynajmniej jest zamysł, czy wyjdzie - zobaczymy. Ponieważ brak było takiego rozmiaru w moim komplecie KniPro, zamówiłam testowo druty Karbonz, rozmiar 3.0, żyłka 80 cm (normalnie rozchwytywany rozmiar chyba - to jedyne druty jakie w nim są dostępne O_O) z zamiarem wypróbowania ich przy Still Light Tunic. Jeszcze nie testowałam, ale wyglądają imponująco. Zostałam upomniana przez J., że określenie "Mercedes wśród" już nie świadczy dobrze o jakości, więc powiedzmy, że uważam je za Roll-Royce wśród drutów KnitPro z którymi miałam do czynienia. Plus pierdółki typu miarka do drutów i łączniki do żyłek KnitPro (często robię coś sporego i te łączniki już przy Echo Flower mi się śniły ;) ). 

W poprzednim poście zachwalałam Everyday Himalaya i też dorwawszy się do źródła tych włóczek nie poskąpiłam funduszy:


Dalej twierdzę, że to najfajniejszy w dotyku akryl z jakim miałam do czynienia. Zielonego są dwa motki z planem zrobienia J. nowego kompletu na jesień/zimę, bo z TEGO kompletu zgubił już czapkę... :( W każdym razie - potrzebny jest zastępczy komplet - na wszelki wypadek ;) a skoro włóczka nie obłazi i nie drapie - jest jak znalazł. Reszta zaplanowana na niewielkie projekty, jakieś moje wymarzone rękawiczki/mitenki (mam dwa motki czarno-szaro-biało-czerwonego), jakieś skarpetki może etc. No i chciałam zobaczyć na własne oczy kolorystykę, więc reszta po jednym motku ;)

Wracając do bolerka fasOLI. Robię dzielnie i wciąż mam wrażenie, że się nie wyrobię :/ K. TUTAJ  a ovillo TUTAJ pokazały już zakończone bolerka a ja w lesie - na 30 rzędzie a przede mną jeszcze szydełkowa bordiura. Kto robił na szydełku z moheru chyba wie o czym mówię - boję się, że zawiodę autorkę i ogólnie dam ciała bo na przykład robię za luźno na drutach :( ale robię dzielnie z przerwami na wykonywanie zawodu hydraulika oraz pisanie tego posta (pracę i jedzenie pomijam :P). Zobaczymy. Bolerko jest przepiękne w zamyśle, a ja już rozważam, jak ja mam je zaprezentować skoro nie mam nawet jednej rzeczy bez ramiączek. Trzeba było jednak się spiąć i wyrobić na gorsetową zabawę Wioli ;) Swoją drogą dziewczyny zaszalały :)

Ze spraw innych:
 - moja magisterka została zaakceptowana z kosmetycznymi poprawkami, jakoś nie mam weny ich wprowadzić, zaczęłam kolejny semestr, plan mam z czapy kompletnie, na temat poziomu nauki i poziomu uczestników studiów się nie wypowiem bo na samą myśl gula mi skacze. Zwłaszcza jak porównam sobie podejście niektórych do podejścia jakie prezentowała moja grupa ładnych parę lat temu na licencjacie... ręce i nogi i parę innych ważnych elementów opada jak się patrzy na przyszłych magistrów :/
 - dzisiaj zostały oficjalnie podane zmiany kadrowe u mnie w pracy, o których wspominałam kiedyś tam. Zasadniczo mój osobisty szef, dla którego istnieje moje stanowisko - odchodzi do innego kraju z końcem marca, dostaję innego szefa, a to czy "przypadniemy" sobie do gustu jest moim "być albo nie być" na rynku ludzi dostających regularne pensje... Gorzej, że już wiem, że raczej się nie zazębiamy a sytuacja na rynku pracy jest jaka jest. Inna sprawa, że jestem już mocno posunięta w latach liczonych jako wiek reprodukcyjny i mimo całego atosu-patosu-i-domestosu prezentowanego przez firmy odnośnie braku mobbingu wobec zatrudniania takich jak ja kobiet - mam małe i maleńkie i nikłe szanse na znalezienie stałego zatrudnienia. Pracodawca wychodzi z założenia, że jestem potencjalnym inkubatorem z datą uruchomienia w momencie kiedy dostanę umowę na czas nieokreślony. Nawet mimo znajomości 4 języków, wyższego wykształcenia i doświadczenia liczącego ponad dekadę. A zmiana kierunku pracy na "cokolwiek co da mi pieniądze" znowu rodzi problem - niewiele jest miejsc gdzie bez doświadczenia w dziedzinie dadzą na start więcej niż magiczne minimum (1600 pln) a jeszcze mnie miejsc gdzie z moim CV w ogóle ktoś stwierdzi, że chce ze mną porozmawiać ("skoro ma takie doświadczenie to na pewno krzyknie sobie XXXX pln" - ogromne pieniądze). Od dwóch lat usiłuję się przekwalifikować i odzew jest niestety zerowy. Także szukam aktualnie alternatyw, bo mimo trzech lat spędzonych w aktualnej firmie mój okres wypowiedzenia (przy rozwiązaniu umowy przed końcem kwietnia) wynosi 2 tygodnie, co daje mi jeszcze jeden pełny miesiąc pracy na pewno, a potem - wielka niewiadoma. Ponarzekałam na sytuację - nie ulżyło mi niestety ale przestrzegam przy okazji - jest ciężko...

Odchodząc od tego niemiłego tematu - poza tym bez zmian. Praca dalej funduje mi poziom stresu potworny wręcz, robótki mnie odstresowują ;) planowanie odświeżania mieszkania napędza mi siły do dalszego działania. Wszystko byle się nie poddawać - jakoś sobie poradzę. Jak źle by nie było - dam sobie radę, wszak zawsze dawałam ;)

Wracam zatem do dziergania bolerka, oglądając w tle Doctor Who - naprawdę fajny serial, jeśli człowiek przymknie oko na jego pierwotna niskobudżetowość oraz słabość efektów specjalnych za tym idącą ;)

Trzymam się, takoż i Wy się trzymajcie :)

Pozdrawiam

PS: na pewno wspominałam/odsyłałam, że mój J. prowadzi bloga muzyczno-motoryzacyjnego. Ostatnio zrobił wielkie porównanie samochodów rodzinnych dla basisty. Wspomniany basista z założenia nie jest jak ta duża pizza co to wyżywi czteroosobową rodzinę, więc i czterokołowce z porównania są ekonomiczne pod każdym możliwym względem ;) 
Usiłuję go namówić na zrobienie jakiegoś zestawienia, z którym wspomni moje 3 ulubione autka: Audi TT, garbusa i Fiata 500 ale jakoś mi słabo idzie :P 
Ale polecam podrzucenie tekstu małżonkom/mężczyznom swojego życia/transportowym decydentom - moje Szczęście ma oko do samochodów i wiedzę ogromną wręcz. A już na pewno o segmencie aut co to się-nie-psuje-za-często/nie-kosztuje-dużo/części-znajdziesz-pod-kioskiem - czyli coś jak mój target ;)

A na dobry wieczór - Hejka w nowym legowisku ;) Ogólnie moje starsze koty nigdy nie darzyły wielką estymą urządzeń przeznaczonych dla kotów. Drapakiem bawią się od przypadku do przypadku a poprzednie legowisko uznały za nowomodna kuwetę do tego stopnia, że trzeba było wyrzucić. A tu - niespodzianka - śpią w nim na zmianę ;) 
Jest bardzo wygodne - sprawdzałam na własnym odwłoku :P i ma naszyty na środku kwiatek z futerka ;)