środa, 27 lutego 2013

Przerwa

Kolejna przerwa w pisaniu :/ przyznaję się - nie miałam weny. W sumie to dalej nie mam, ale nie wypada tak sobie odpuścić pisania, kiedy pozostali blogowicze prezentują swoje cuda - no wstyd normalnie :)

Prawdę mówiąc, za dużo do pokazania to nie mam. Kilka projektów się udziało, ale wymagają drobnych poprawek/wykończeń, więc jeszcze chwilę poczekają. W tym wpisie Kobieta Szyje wspomniała o tajemniczo rozmnażającej się po kątach/pudłach włóczce. Mam taką jedną. Jakiś prosty akryl, w ładnym kolorze bakłażana (chyba... jakiś ciężki jest do zdefiniowania). Czasem coś z niego robię, jakiś drobiazg: pokrowiec na telefon, kwiatek na szydełku, dodam do opaski na uszy... O ile pierwsze dwie opcje trwają do dzisiaj w stanie docelowym, o tyle rzeczy typu opaska walają się po szafkach (no bo jak to tak? opaskę z akrylu nosić kiedy obok opaska z przemiłej wełenki? "błe..." :/) albo uległy spruciu a resztki włóczki - archiwizacji w okrągłym segregatorze (if you know what I mean ;) ). 
W każdym razie ile bym nie robiła z tej włóczki, ile bym jej mocno zużytych i splątanych ostatecznie resztek nie wywaliła - zawsze w jakimś kartonie mam ze dwa nietknięte palcem motki oraz całe mnóstwo kłębuszków. Będąc dobrej myśli po wyczytaniu, że Wioletta zużyła w końcu swoje resztki, postanowiłam coś z tym zrobić. A co można zrobić z dużą ilością kompletnie przeciętnego akrylu, którego jedyną zaletą jest przyjemny kolor? No oczywiście, że komin. A żeby jeszcze zwiększyć zużycie postawiłam na coś w rodzaju komina - pętlę szalową. Skorzystałam z TEGO wzoru i robiłam i robiłam i robiłam. Efekty są następujące:

Udało mi się pozbyć praktycznie wszystkich luźnych kłębków, w kartonie zostały dwa nietknięte motki. A komin, no cóż... Na aktualne temperatury nijak mi nie pasuje do płaszcza zimowego posiadającego swój własny kołnierz, zatem poczeka na wczesną wiosnę. A wtedy zapewne będzie mnie denerwował wiecznym pozostawianiem włosków na czarnym, wełnianym płaszczu, więc znajdę mu nową właścicielkę ;)

Prawie zapomniałam jak się robi na drutach z akrylu :/ w sensie, że skrzypi, jest nieprzyjemny dla dłoni i rozłazi się w gotowym wyrobie wręcz potwornie... Cóż za ogromna różnica jeśli wziąć pod uwagę, że ostatni mój większy udzierg był zrobiony z Drops Lace. A aktualnie na drutach mam Malabrigo Lace :( brr, zaprawdę - czas pozbyć się resztek nieładnych akryli z pudełek i przenigdy już do nich nie wracać. 

O właśnie, zapomniałabym - tutaj pokazałam Razem-wiczki zrobione z akrylu Himalaya, który ma w opisie informację, że to specjalny taki - nie-"obłażący" i nie-"kulkujący" się. I powiem tak - to jest objawienie. Jak chyba każdą sztuczną włóczkę Himalaya - ciężko ją w dotyku kojarzyć z dobrze znanymi nam paskudnymi, skrzypiącymi akrylami. Od tego producenta dostajemy włóczkę mięciutką i gładką, która skrzypi odrobinkę na akrylowych drutach KnitPro, ale już na teflonowych czy metalowych jest cisza. I rzeczywiście, jak reklamują - żadnego mechacenia, żadnych kulek. Może odrobina latających włosków przy dzierganiu ale skoro gotową rzecz możesz wrzucić do pralki i po prostu wyprać bez utraty jakości i kształtu - to to nie jest wada. Mam jeszcze resztkę czerwonego koloru ale na Allegro u tego sprzedawcy znalazłam ponownie i to w dużo większej gamie kolorystycznej:
lub:
Zdjęcia ze strony http://delfinoyarns.gr/
Najwyraźniej włóczka występuje jeszcze w odmianie Baby oraz Baby Lux, ciekawa jestem kiedy do nas przybędą ;)

Już ostrzę sobie zęby. Potwierdzam, że jest to prawie najfajniejszy akryl z jakim się zetknęłam (chociaż w dotyku najprzyjemniejszy jest również firmy Himalaya ale Mercan moim zdaniem) a to, że się nie mechaci podbija niniejszym pozycję Everyday na numer jeden wśród akrylowych włóczek. A że cena jest sympatyczna również, to wkrótce zaprezentuję kilka rzeczy z niego zrobionych ;)

Wracając do najnowszych efektów robótkowania. Wprawdzie jeszcze nie gotowe, ale ponad 50% za mną, poniżej mitenki z tego wzoru:

A teraz małe wyjaśnienie:
 - czemu znowu mitenki - nie przepadam za rękawiczkami: ani to z portfela drobne wyciągnąć, ani się solidnie złapać śliskiej poręczy w komunikacji miejskiej, ani to skorzystać z dobrodziejstw telefonu z dotykowym ekranem (to ostatnie chyba najgorsze). Zdecydowanie wolę mitenki i póki mi palce nie odmarzają je właśnie noszę.

 - czemu z Malabrigo Lace (bo właśnie ta włóczka jest w składzie) - bo mam jedne zrobione z Malabrigo Lace i mogę je nosić nawet jak jest bardzo zimno i poza samymi palcami jest mi idealnie ciepło a nie pocą mi się dłonie, jak przy mitenkach/rękawiczkach z akrylu. Poza tym noszę Gingko shawlette oraz opaskę na uszy z tej właśnie włóczki a miałam jeszcze jeden motek i chcę mieć komplet kolorystyczny ;)

 - skoro już mam odpowiednie mitenki z tej włóczki, to po co mi kolejne? - niestety to co się stało z tymi mitenkami jest straszne :( w połowie są sfilcowane (głównie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym), przez co mocno się skurczyły - co najmniej jakbym ich używała jako rękawiczek na rower albo kajak... Reszta się tak potwornie kulkuje, że wzór praktycznie zginął. Stąd konieczność wyprodukowania kolejnej pary. Jeszcze nie wiem co zrobię z obecnymi, może wrzucę do wody i dofilcuję do końca? ktoś ma jakiś pomysł? bo żal tak po prostu wyrzucić bądź skazać na zapomnienie w jakimś pudle... Zdjęć nie będzie - fotomistrz w rozjazdach więc radzę sobie jak umiem ;)

 - No dobrze, ale skoro robię z Malabrigo Lace ponownie, czy nie będą wyglądać tak samo za parę miesięcy? otóż nie, jak zapewne zauważyliście, mitenki są robione z mieszanki - Malabrigo z ciemno granatową włóczką. To moje najnowsze odkrycie, prosto z budki pasmanteryjnej na bazarku przy Wałbrzyskiej - akryl w wersji Lace ;) Włóczka Natura Kristal - zwinięta w motek podwójnie. Musiałam opracować metodę rozdzielenia dwóch nitek, co zajęło mi dobrą chwilę acz sam sposób muszę chyba opatentować ;) 

Podsumowanie akrylu - kolor granatowy, w opasce na uszy także go użyłam (była to wprawdzie wełna Kashmir Wnuka ale mimo noszenia codziennie nie widać śladów sfilcowania), więc będzie pasowało. 
Sama włóczka - no cóż, jak to akryl, rozwleka się w robótce (pierwsza próba zakładała rękawiczki w paski - zły pomysł), ale jest gładziutki z lekkim połyskiem, nie skrzypi (chociaż zakładam, że to kwestia grubości samej nitki) i jak na razie ładnie stabilizuje podatne na filcowanie Malabrigo. A sama wełna nadaje kształt i głębię wzorowi. Jak się ta mieszanka sprawdzi to się okażę jak zacznę używać gotowych mitenek ;)

Ogólnie: wiedziałam doskonale, że Malabrigo będzie się filcować. Wszak najpierw zrobiłam Gingko i już po paru użyciach widać było efekty. Nie narzekam - sama jakość włóczki i kolorystyka wynagradzają wszystko. Ale o ile chustę da się podratować kąpielą w roztworze octu o tyle na mitenki nic już się nie poradzi - ot specyfika takiej a nie innej części garderoby.

Poza powyższymi dokonaniami około drutowymi popełniłam jeszcze jeden drobiazg maszynowy a szykuję się do paru kolejnych. Muszę się zebrać w sobie i poszyć trochę - ale jak tu szyć, kiedy po powrocie z pracy słońca czy czasu nie ma za grosz, a w weekendy pogoda również nie dopisuje (nie mam światła górnego w pokoju gdzie szyję) no i człowiek nadaje się jedynie do leżenia do góry brzuchem. Czekam zatem na powrót słonecznych dni oraz pragnę nadejścia wiosny :(

W każdym razie, jak pisałam tutaj, dokonałam zakupu sprzętu elektronicznego. Na rynku jest kilka pokrowców ale właściwie żaden nie spełnia tych wymagań jakie pokrowcowi na tablet postawiłam. Najpierw myślałam o otwieranej, usztywnionej wersji - a la okładka książki. Potem doszłam do wniosku, że właściwie to bez sensu, skoro korzystam głównie w domu i głównie na stojaku - musiałabym za każdym razem wyplątywać tablet z uchwytów. Póki co, na krótkich trasach korzystałam z okładki starego kalendarza (idealny wymiar - wyrwałam tylko część zeszytową), zatem postanowiłam ją wykorzystać. Ponieważ okładka jest sztywna, nie mogłam zaplanować wywracania pokrowca na lewą stronę, musiałam podejść do problemu zupełnie inaczej. Pierwotna wersja zakładała uszycie pokrowca na okładkę od kalendarza a następnie zrobienie z tego "kieszonki" na tablet z bokami zrobionymi z gumki. Niestety zakupiona gumka okazała się być wyjątkowo niesforna w kwestii przyszywania wzdłuż, a przede wszystkim zbyt wąska. A że potrzebowałam pokrowca praktycznie na wczoraj, zamocowałam gumki w sposób zupełnie inny i jestem całkiem zadowolona z efektu. Mam błyskawiczny dostęp do tabletu kiedy potrzebuję, pokrowiec jest usztywniany, a fakt, że nie ma stałych boków umożliwia mi podłączenie ładowarki bez wyjmowania sprzętu ;) Zewnętrzna warstwa: sztywny jeans, środek: fioletowa satyna pikowana z ociepliną, usztywnienie: okładka starego kalendarza w formacie B5. Pikowanie właściwie wyszło samo z siebie w momencie składania warstw, kratki robione na oko, odległość między nimi taka sama jak między igłą a lewym brzegiem maszyny ;)

Gumeczki są przyszyte w poprzek po różnych stronach okładki, przy zamykaniu lewą przekłada się na prawo a prawą na lewo ;) tutaj: jedna - bliżej grzbietu - "zamknięta", druga - na brzegu - "otwarta"

To jest naprawdę ładny fiolet, nie żadne różowości jak zdjęcie sugeruje ;)


Następny w planie pokrowiec na Kindle, tym razem otwierany właśnie jak książka, ze stałym i solidnym mocowaniem samego Kindla. Okładka od drugiego kalendarza (format A5) już czeka, tylko tym razem nie użyję jej w całości, ale wykorzystam osobno przód i tył jako usztywnienie poszczególnych elementów pokrowca, żeby łatwiej było zszyć w całość.
Jeśli uda mi się złapać za nogi wenę szyciową to mam już kilkanaście projektów w kolejce. A szansa realizacji jest spora, bo dosłownie czuję nosem i paroma innymi częściami, że owa wena czeka dosłownie za zakrętem... Żeby jeszcze czasu było chociaż odrobinę więcej. 

A co w świecie poza robótkowym? Prawie nic. W ten weekend odbieram magisterkę z uwagami od promotora i czas będzie się zabrać za rozdział praktyczny, do którego dane teoretycznie mam ale muszę całą koncepcję jeszcze raz przemyśleć bo dane są specyficzne i mogą być do mojego badania niewystarczające (a innych nie ma z uwagi na rodzaj działalności, pozostaje wymyślić :/).

Koty dwa się wdzięczą i ciągle przytulają, kota trzecia wariuje, szaleje i wyje. A w międzyczasie intensywnie trenuje umiejętność otwierania drzwi... Czym, nie ukrywam, doprowadza nas oboje do szału. Najpierw otwierała jedynie sypialnię i jedynie jak kładliśmy się spać - bo tęskniła. Potem zaczęła włazić do sypialni o dowolnej porze, również pod naszą nieobecność. Następnie opanowała otwieranie drzwi nie tylko wtedy, kiedy trzeba je popchnąć, ale też kiedy trzeba je pociągnąć. Zniechęcanie jej do ćwiczeń przez zamykanie za karę w sypialni straciło sens. Potem, nasz kochany i niewątpliwie uroczy koteczek, opanował sztukę włamywania się do łazienki. Oczywiście kiedy ktoś w niej siedzi i cóż... próbuje się relaksować. Zatem na chwilę obecną mamy w mieszkaniu wyjątkowo rozwydrzonego małego włamywacza, mającego za nic prywatność  :/ i nie - blokady drzwi nie pomagają.
Zapadła decyzja o wymianie klamek na gałki w ten weekend. I tylko mamy nadzieję, że mimo przedpotopowości drzwi w mieszkaniu, gałki będą pasowały. Jeśli nie będą, obawiam się, że następnym krokiem będą szelki i bardzo krótka smycz na małego paskuda... :(

Któregoś poranka J. zdybał Młodą na włamie do pustej łazienki. Dzięki temu zdobyliśmy dokumentację, której w razie czego użyjemy w obronie przed zarzutami o maltretowanie Młodej oraz dziwne hałasy w środku nocy (hałasy ograniczające się do "miauuuu, miał.... łup o drzwi, brzdęk o szybę, skrzyyyyyyyp klamki, pstryk zapadki, łup o podłogę, skrzyyyyyp otwierających się drzwi"). Poniżej  zdjęcia dowodowe przedstawiające Młodą w trakcie popełniania włamu. Podopieczna jest w tej materii niereformowalną recydywistką, przy czym całkowicie zaprzeczamy jakoby ktoś Młodą tresował bądź uczył podobnych czynów. Cwana bestia sama opanowała tę umiejętność a teraz się jej całymi dniami oddaje...

Poza tym cisza, wiatr wieje w szparach okiennych (serio :/), koty wyją, a ja nadrabiam zaległości serialowo-czytelnicze i coś tam sobie powoli dłubię.  
W kwestii seriali - uprzedzam Was przed rozpoczynaniem oglądania House of Cards - serialu internetowego z Kevinem Spacey. Jeśli sama tematyka okołopolityczna jest w stanie Was zainteresować to nie oderwiecie się od serialu przed ostatnim odcinkiem serii i będziecie wyć bo nie wiadomo kiedy będzie następna. Mnie uratował fakt posiadania jeszcze kilkunastu odcinków do obejrzenia z innej serii, która mnie równie wciągnęła. Także tyle, żeby nie było, że nie uprzedzałam.
Z beczki tematycznej "okołokomputerowe" mam jeszcze parę ciekawostek/informacji:

 - na pewno wszyscy zainteresowani mniej lub bardziej nowinkami wiedzą już, że nie tak dawno (ze dwa tygodnie temu) weszła do Polski usługa Spotify. Usługa to może złe określenie - platforma muzyczna. Jeśli ktoś słucha dużo muzyki (bez względu na gatunek) to polecam. Sama wykupiłam abonament i jestem szczerze zachwycona. Muzyki słucham codziennie w drodze dom-praca-dom i możliwość ułożenia playlisty z każdej nawet najnowszej wydanej płyty na komputerze stacjonarnym i przesłania jej na komórkę jest dla mnie ogromnym ułatwieniem. Także jeśli ktoś słucha sporo a nie lubi wydawać koszmarnych pieniędzy na coraz to nowe płyty - polecam. Program jest całkowicie legalny, istnieje również opcja darmowa, samej aplikacji można używać także jako przeciętnego odtwarzacza muzycznego i korzystać z własnej biblioteki, a w dodatku oferuje możliwość słuchania playlisty stworzonej przez algorytm na podstawie wybranego utworu. Jako wielbicielka "kombajnowych" rozwiązań - polecam ;)

 - dla dziergaczek z zamiłowaniem do technologii - miałam skomentować aplikację Ravulous, która w teorii zapewnia bezpośredni dostęp do Ravelry z poziomu urządzenia z Androidem. W praktyce - nie bardzo. Tzn: owszem zapewnia dostęp, możesz poszukać projektów po nazwach, możesz przejrzeć swoje projekty, zaktualizować ich postęp itd. Ale już nie wyszukasz nowego projektu do realizacji, ani nie dodasz go do swojej kolejki, ani nie będziesz miała możliwości otworzenia samego wzoru jeśli jest dostępny na Ravelry. Ogólnie: odradzam. Za te 9PLN aplikacja nie ma nawet jednej funkcji, której za tę cenę można się było spodziewać. Przy czym zdaję sobie sprawę, że nie jest to aplikacja stworzona przez Ravelry, tylko tzw "fanowska" twórczość, ale wciąż: już wolę uruchomić przeglądarkę na androidzie i mieć dostęp do wszystkiego.

Tyle z mojej strony ;) Żyję nadzieją, że uda mi się wrócić do pisania chociaż raz na tydzień, ale w obliczu ilości rzeczy do zrobienia pozostaje wciąż tylko nadzieją. Chociaż kto to wie ;) Nie zapominajcie o mnie ;)
Na dobranoc oczywiście koteczek ;) dla odmiany ta najmniej upierdliwa wersja ;)

Pozdrawiam :)

niedziela, 10 lutego 2013

Udało mi się!

Ponownie udało mi się zrobić, wbrew planom, przerwę w pisaniu bloga. Udało mi się bowiem nie zakończyć żadnego projektu rękodzielniczego.
Udało mi się zacząć kilka robótek na drutach a potem udało mi się odłożyć je ponownie do szuflady albo spruć nie będąc zadowoloną z efektów. Udało mi się powiększyć warstwę kurzu pokrywającą pokrowiec od maszyny do szycia mimo, że udało mi się nabyć drogą kupna parę drobiazgów koniecznych do zaplanowanych projektów. Udało mi się pozostawić nawet wielką dziurę w jeansach w stanie niezaszytym...

Jednakowoż, udało mi się zakończyć sesję zanim ta się jeszcze rozpoczęła (kocham terminy zerowe) oraz udało mi się oddać dwa rozdziały pracy magisterskiej (dwa z trzech, żeby nie było ;) ). Dzięki temu udało mi się pozyskać dwa i pół weekendu na leżenie do góry brzuchem i robótkowanie w przerwie między semestrami ;)

Udało mi się nie zwariować w pracy mimo pojawienia się zagrożenia utraty zatrudnienia za jakieś 3 miesiące kiedy to szykują się zmiany kadrowe tuż "obok" mnie. Udało mi się nikomu nie napyskować ani nie wyśmiać kolejnego wyjątkowo głupiego zlecenia - jestem w siebie dumna. Udało mi się nawet przespać parę godzin każdej nocy mimo bezsenności w odpowiedzi na stres - dzięki temu jeszcze nie jestem w stanie określić jaki smak ma muzyka. Ale spokojnie, może jeszcze mi się to uda - wszak to nie jedyny taki UDANY tydzień.

Udało mi się nie ukatrupić Kluski, która swoim wyciem nocnym pod drzwiami sypialni chyba budzi sąsiadów i wywołuje u nich karczemne awantury z przestawianiem mebli (no innych powodów do nocnych wrzasków nie widzę). Chociaż tego udało się wysłuchać tylko J. 
Udało nam się nie zakupić wymarzonej klamki-gałki do drzwi sypialni. A klamka jest wyjątkowo potrzebna ponieważ przedwczoraj był ten dzień, kiedy kot nauczył się otwierać samodzielnie drzwi (do sypialni...w nocy...). Ale udało nam się kupić blokadę pod drzwi w kształcie uroczego, wyjątkowo jaskrawo zielonego serduszka.

Do napisania tego udanego posta skłoniłam się mimowolnie sama. Ponieważ właśnie udało mi się zalać pół mieszkania przy nalewaniu wody do kąpieli. Zagapiłam się na wyjątkowo udany wzór sweterka i poniewczasie się zorientowałam, że nasza wanna naprawdę nie ma systemu antyprzelewowego... Udało mi się za to oszczędzić jeden (sztuk raz) ręcznik, żeby się jednak wykąpać. No i udało mi się trafić w ten króciutki okres czasu przypadający na ciszę nocną więc pranie musi poczekać do rana. Udało mi się poćwiczyć mięśnie przedramion wykręcając 5 ręczników, aczkolwiek nie wiem jak uda mi się uniknąć zakwasów jutro.

Udało mi się też zaobserwować, że oto w naszym mieszkaniu kwitnie zakazana miłość. Parę dni temu udało mi się znaleźć chwilę na wykicanie imć Króla i mogłam podziwiać jego końskie zaloty w kierunku Mony. Królowi za to udało się jedynie raz zostać pacniętym łapką wspomnianej damy.

W zeszły weekend udało nam się zrobić zakupy w Makro (opłaca się kiedy robisz zapasy na cały miesiąc dla dwóch domów). J. udało się być świadkiem mojego kompletnego zaćmienia umysłowego. Wszystkie zakupy były udanie logiczne i przemyślane - poza jednym. Udało mi się nie pojąć czemu zakup 8 słoików dżemu brzoskwiniowego jest średnio sensowny. Ale udało mi się opchnąć kilka słoików a resztę zmieścić w naszej kuchni dosyć nikczemnej powierzchni.

Udało mi się nawet napisać tego posta mimo, że właściwie nie mam nic nowego do przekazania. I codziennie udaje mi się przeglądać obserwowane blogi i podziwiać co tam wyczyniacie :) Tylko dzięki temu udaje mi się jeszcze nie stracić tej odrobiny weny tfurczej :)

Zatem pozdrawiam Was serdecznie, zapraszam wkrótce na wpis wnoszący co nieco w temacie okołorękodzielniczym i życzę Wam udanego najbliższego tygodnia, w miarę możliwości w pozytywnym tego słowa znaczeniu ;)

A na dobranoc - nasz udany zwierzyniec ;)

UPDATE: Udało mi się też zapomnieć o jednej rzeczy... dostałam wyróżnienie od DrutomaniaCzki

Zasady:
1. Podziękować nominującemu blogerowi u niego na blogu,
2. Pokazać nagrodę Versatile Blogger Award u siebie na blogu,
3. Ujawnić 7 faktów dotyczących samego siebie,
4. Nominować 15 blogów, które jego zdaniem na to zasługują,
5. Poinformować o tym fakcie autorów nominowanych blogów.


Dziękuję raz jeszcze :) miło mi szalenie. Zastosuję się jedynie do punktów 1-3 w pełni, do czwartego w kawałku.
Parę informacji o mnie:
1: Cierpię na niereformowalną gadżetomanię - widać po najnowszym nabytku.
2: Traktuję swój komputer jak członka rodziny - nazywa się Potfur i jego mruczenie nie jest przyjazne.
3: Zabijam każdą roślinkę którą ludzie zwykli trzymać w doniczkach, jak na razie jedynie dwie choinki otrzymane za elektrośmieci się trzymają - ale powiedzmy szczerze, normalni ludzie rzadko hodują takie "roślinki" w doniczkach.
4: Mam niezły słuch muzyczny ale głosu mi brakuje, dlatego chodzę na koncerty szantowe: jak cała sala wrzeszczy to moje fałszowanie nie rzuca się na uszy.
5: Za czasów liceum nałogowo chodziłam w garsonkach i garniturach, przeszło mi bardzo szybko jak nadeszły czasy pracy biurowej - mimo kontaktów ze "śmietanką" firmową do biura noszę aktualnie jeansy.
6: Umiem wyremontować całe mieszkanie, łącznie z położeniem gładzi, glazury, wymianą armatury, elektrycznymi drobiazgami, wierceniem i hydrauliką.
7: Od matury przeprowadzałam się średnio raz na rok, chociaż teraz chyba znalazłam się w docelowym miejscu ;) oczywiście koty przenoszą się ze mną i raczej nie maja z tym problemów ;)

To tyle o mnie. Teraz czas na nominacje. Powymieniam te osoby, które wiem, że lubią takie drobiazgi i wydaje mi się że jeszcze nie otrzymały tego konkretnego ;)
Basista za Kierownicą - bo tak! ;) z resztą lubię go nie tylko słuchać na żywo, pisze tez fajnie ;)
Bezdomna Wioletta z Szafy - chciałabym tak szyć
Finextra - bo ślinię się do jej cudów z kołowrotka i podziwiam zaparcie przy krośnie 
Dogers - królika!!! i te kolory które pokazuje
Wiola - kurde, no kobieta z jajami i parą do obdzielenia 10 innych rękodzielników
Mag Ik - bo świetnie zaczęła i ma coś ciekawego do powiedzenia w fajny sposób
Więcej zasługujących oczywiście jest w mojej czytelni blogowej, ale dużo już wyróżnień się przewinęło a ja nie chciałabym ich powtarzać ;)

Zatem pozdrawiam raz jeszcze