poniedziałek, 28 stycznia 2013

Gadżetomania

Nie ma mnie, wsiąkłam i wciągnęło mnie bawienie się nową zabawką. Jestem gadżeciarą i lubię to! Lubię kiedy mój komputer działa tak jak sobie tego życzę, lubię ułatwiać sobie życie i siedzieć godzinami w internecie w poszukiwaniu tej jednej jedynej aplikacji, która zaoszczędzi mi kwadrans na tydzień, lubię mieć wszystko posortowane i poukładane (no, powiedzmy, że tyczy się to mojej działalności okołokomputerowej - zajmującej mi, bagatela, 18 godzin dziennie). I kocham miłością szaloną szukać i wybierać i kupować sobie nowe zabawki. W zeszłym tygodniu po całej dobie porównywania specyfikacji nabyłam droga kupna to:
Jest mój, jest fajny, jest użyteczny, jest chiński i nie powalił mojego budżetu domowego na kolana. A jeśli podchodzić do niego jak do przeciętnego chińskiego wyrobu (nie spodziewać się niezniszczalnej i wiecznotrwałej wersji iPada) to można się spodziewać, że posłuży czas dłuższy. W większe recenzje na razie wdawać się nie będę, powiem jedynie, że bardzo przyda mi się przy szyciu. Już bardzo przydaje się przy robieniu na drutach - nie ma to jak uwolnienie się od sterty kartek z wzorami na rzecz urządzenia wyświetlającego co sobie życzę w danej chwili, kiedy na komputerze spokojnie leci film :) Dodatkowo zainspirowana wpisem Pimposhki poszperałam w necie i zaimplementowałam 5 aplikacji "absolutnie-koniecznie-niezbędnych" przy działaniu w ciągu dnia zarówno na komputerze jaki i komórce i tablecie oraz drugie 5 aplikacji "bo fajnie mieć nareszcie tak wszystko w jednym miejscu dostępne z każdego urządzenia". Ogólnie gdyby nie moja wielka miłość do szybkiego łącza internetowego, dużego ekranu, filmów i gier z internetu to mogłabym się spokojnie przenieść na stałe na tablet. No powiedzmy gdybym posiadała wersję solidniejszą i ze stałym połączeniem z internetem. 
Ale mam co mam a to co mam mnie zachwyca w dalszym ciągu. Naprawdę, każdej osobie mającej cokolwiek wspólnego z rękodzielnictwem i chociaż odrobinę ogarniętej technicznie/komputerowo, polecam zakup tabletu. Ale "o tem potem". A teraz wracam do poszukiwania ostatniej "tej najwspanialszej i idealnej aplikacji" która uczyni moje życie jeszcze prostszym i przyjemniejszym. Oraz od jutra do pisania magisterki i szykowania się do przedostatniej sesji.

PS: jesteście drugimi którzy o tym się dowiedzą - wróciwszy na studia po paru latach przerwy przy pierwszej lepszej okazji (patrz: po roku nauki) znowu dostałam stypendium rektora za wyniki ;) Wniosek prosty - hobby nie pozwala umysłowi zardzewieć ^^

Pozdrawiam serdecznie

PS 2: u Intensywnie Kreatywnej pojawiły się instrukcje do Razempetek - zaglądać kto jeszcze nie umie robić ;)
A u Wioli trwa akcja Gorseciarska, na którą wciąż mam nadzieję się wyrobić :)

No i oczywiście niektóre blogerki biorą udział w konkursie na bloga roku - zachęcam do głosowania :)

czwartek, 17 stycznia 2013

Double knitting przedstawia

Odzywam się, taka trochę ledwo żywa. Zdarzyło się niestety tak, że Brat mój rodzony Młodszy wylądował w szpitalu na nagłej operacji ortopedycznej. I chciałabym się zatem zapytać, kto oducza lekarzy kontaktu z pacjentem i każe im usadzać na sali młodego chłopaka bez żadnej informacji, bez nazwiska lekarza prowadzącego, bez spodziewanego czasu pobytu w szpitalu i bez jakiegokolwiek pytania, czy ma dany osobnik możliwość skontaktowania się z jakąkolwiek rodziną... I kto, do jasnej ciasnej śrubki wsadza staw kolanowy tuż po operacji, kiedy wiadomo, że co nieco spuchnie, w gips... a potem się szalenie dziwi, że pacjent "odlatuje" bo ma pod gipsem opuchliznę wielkości rękawicy bokserskiej... albo wywala z oddziału jednego gościa (gdy inni wciąż na oddziale zostają) mającego dostawę wody, telefon komórkowy i jakieś jedzenie dla pacjenta, który może co najwyżej poprzewracać oczami po zabiegu...-.- normalnie cholera mnie wzięła, do tej pory trzyma i nie chce odpuścić. A najgorsza z tego jest świadomość, że nie mogę absolutnie nic zrobić, żeby rodzeństwu rodzonemu ulżyć i pomóc, bo burda na oddziale może mu, jako pacjentowi szpitala do poniedziałku, co najwyżej zaszkodzić... szlag.

Przepraszam za przydługą dygresję, ale chciałabym Was uczulić, żebyście uważnie chodzili, zwłaszcza przy aktualnej aurze. Bracię moje się poślizgnęło w wigilię na kocich łbach i w efekcie złamało rzepkę (aczkolwiek najstarsi górale nie wiedzą jakim cudem trzy tygodnie łaził bez większych problemów z ową częścią złamaną i jakim sposobem jest w stanie ustać na nogach)...

Odchodząc jednak od smutnych i niepokojących wieści, zaprezentuję w biegu dwie rzeczy, które udało mi się ostatnio poczynić. Jest tych rzeczy kilka więcej ale nie dysponuję niestety nadmiarem czasu i weny tfurczej na wpisy traktujące o robótkowaniu. Mogę za to wysmażyć piękny wpis komentujący naszą służbę zdrowia, aczkolwiek obawiam się, że większość wypowiedzi musiałabym ocenzurować.

Zatem przedstawiam: rękawiczki jednopalczaste z wizerunkiem Totoro, z jakiegoś składowanego akrylu. Rozmiar: duży, druty 3.0. Technika: przez autorkę zaplanowany wzór wrabiany, ale ja postanowiła zmierzyć się z techniką double knitting. W efekcie mam dwustronne ultra ciepłe rękawice, w fajnym kolorku i z ciekawym motywem ;) Jest oczywiście kilka błędów na lewej stronie, ale jestem dumna ze swojego wyczynu. Okazało się, że double knitting wcale tak trudne nie jest a dla mnie wręcz łatwiejsze, bo nie muszę pamiętać, żeby przy dłuższych partiach co 3 oczka mocować na lewej stronie nitkę :) jedyne co się rzuca w oczy to fakt, że nieprzemyślany przeze mnie napis, na lewej stronie jest w lustrzanym odbiciu :D mniejsza, rękawiczki są absolutnie boskie, i mają małe wzorki nawet na palcach :)
To są dwie rękawiczki, ta na prawo jest na lewo...

...a tutaj ta na lewo jest na prawo :)

 I obie wersje wierzchu - która jest na lewo? ;)

Poza tym zaplanowałam czas jakiś temu koszulkę z malunkiem dla J. Moje pierwsze zetknięcie się z flamastrami do tkaniny musiało nastąpić jednak na neutralnym gruncie. Zatem za całych złotych 10 zakupiłam sobie taką sztukę w hipermarkecie na literkę T. Przy malowaniu ponarzekałam na rozciągliwość bawełnianej dzianinki a efekty są następujące:
Zalecenie pierwsze:do malowania flamastrami kupujcie bluzki nierozciągliwe, albo mniej rozciągliwe.
Zalecenie drugie: patrzcie co na siebie zakładacie albo kupujcie grubsze koszulki ...-.-

Koszulkę bardzo lubię, mimo, że białych rzeczy z zasady nie noszę. Wzór nie powala wykonaniem, aczkolwiek zawartość i sam pomysł są świetne. Jest to wykonana własnoręcznie paskudna kopia jednego z rysunków Sebastiena Millona, który w polskiej wersji pojawia się tu i ówdzie. Polecam zajrzenie tutaj i obejrzenie pozostałej twórczości, nie wiem co ten człowiek pali ale ja poproszę wiaderko ;)

W międzyczasie skroiłam J. z zakupionej specjalnie dla niego męskiej koszulki z długim rękawem, przeznaczonej właśnie na takie malowanie, zatem ponownie poszukuję gładkich tshirtów w niepowalającej cenie. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.

Tym uroczym akcentem zakończę dzisiejszy wpis. Myśli ponownie uciekają mi w zupełnie innym kierunku i tracę wątek. Zanudzać dalej nie będę, pozdrawiam serdecznie, uważajcie jak chodzicie i ponownie: JEDZCIE CZOSNEK. Wirus nie śpi tylko czyha na wielbicieli nie-czosnkowego oddechu...

Pozdrawiam

PS: kto mnie wyszukał po haśle "latające koty", przyznać się? Moich futer jeszcze latać nie uczyłam ;)

niedziela, 6 stycznia 2013

Chust Razem Robienie, czyli mój Drops znalazł swój koniec...

Już wspominałam parokrotnie, ze Intensywnie Kreatywna/Kreatywni ponownie podjęli się Razem Robienia z kupą wskazówek i filmików i pozytywnej energii gnającej do roboty :) Tym razem na tapecie wylądowała chusta Echo Flower. Mój biedny motek czerwonego Drops Lace parę razy próbował uzyskać status FO ale ciągle coś mi nie pasowało i za każdym razem lądował w głębokiej szufladzie czekając na kolejną próbę.

Tym razem się udało. Przedstawiam moje Echo Flower z Drops Lace, druty 4.0 (zamykanie na 6.0), zamiast nupków - koraliki. Decyzja o wrobieniu koralików była najlepszą jaką mogłam podjąć, z całego motka włóczki (skróconego przy poprzednich próbach o jakiś metr za sprawą zapętlenia) zostały mi jedynie 2 metry - może ze 2 nupki bym zmieściła, nie więcej. A tak - jedynie dwie nitki do schowania, chusta namoczona, naciągnięta i obfocona. Przed Wami - stan docelowy Dropsa :)
Kombinacja iście alpejska ale Tosia nie ma wciąż stojaka ani skarpetki :(

Ciemno wszędzie i kolory trzeba podbijać niestety do czerwieni strażackiej

Jak się przyjrzeć to widać koraliki...

...o ile kogoś nie oślepi czerwień ^^

Przede mną już przewinięty kolejny motek, tym razem srebrzysto gołębi. Jestem doń nastawiona wyjątkowo pozytywnie za sprawą wspólnego Chusto-Robienia :) może i drugi czerwony oraz wrzosowy doczekają się wersji ostatecznej :) hura!

Także zalecam zajrzenie do Intensywnie Kreatywnej czy to po wskazówki czy po twórczą energię :) A ja wracam do szukania wzoru na kolejny motek Dropsa (trzeba ciągnąć póki pozytywne nastawienie trwa) kątem oka przypominając sobie anime młodości późniejszej - Dragon Ball Z (ech te środy godzina 15:00 na RTL 7 :) ). Normalnie aż mnie wena tfurcza rozrywa... szkoda tylko, że to ostatni wieczór urlopu :/ ale jest pozytywnie! i tak trzymać. HOWGH!