czwartek, 6 grudnia 2012

Update maszynowo-kuchenny

Nadeszła nareszcie ta krótka chwila, kiedy mam możliwość na spokojnie napisać posta i uzupełnić wcześniejsze informacje. Uwaga, będzie dłuuuugo i zdjęciowo! Jak kogoś sałatka nie interesuje zapraszam kawałek niżej.

W pierwszej kolejności: przepis na sałatkę ;) w komentarzu do poprzedniego posta zostałam o niego poproszona, zatem oto Sałatka Gdyńska (nie mnie należą się pochwały za przepis).
Składniki na średniej wielkości miskę (nie umiem określić dokładniej, ja wszystko na oko robię, ilość powiedzmy, obiadowa na dwie osoby):
 - jedna kapusta pekińska średnia (chyba, że ktoś lubi dużo kapuchy)
 - 2-3 papryki czerwone (również w zależności od smaku)
 - 3 spore ogórki kiszone (polecam te domowej roboty, bo zawsze smaczniejsze niż kupne)
 - jedno opakowanie sera a la FETA (wiem, że to nie jest prawdziwa feta, zatem pilnuję nazwy) - najlepsza jest Mlekovita w niebieskim kartoniku
 - jedna pojedyncza pierś z kurczaka (chyba, że ktoś ma ochotę na bardziej mięsną to wtedy podwójna)
 - jedno opakowanie przyprawy Gyros lub Kebab-Gyros (nazwa zależy od firmy - różnicy pomiędzy przyprawami różnych firm nie zauważam, jedynie przyprawa grillowa się nie nadaje bo jest grubo "mielona")
 - ewentualnie nieduża cebulka (jeśli ktoś chce)
 - jeden duży kubeczek jogurtu naturalnego (im gęstszy tym lepszy, polecam Bakomę)
 - majonez - tak na oko 2-3 duże łyżki
 - czosnek (ile kto lubi, ja uwielbiam więc proszę się nie sugerować tym, że dodaję 4 ząbki czosnku do sosu) bądź w razie braku dobrze sprawdza się też czosnek w mini kostkach Knorra.

I to koniec. Jak widać praktycznie wszystkie produkty mierzy się wedle własnego widzimisię lub smaku. Ja uwielbiam sos czosnkowy, im mocniejszy tym lepszy. Jeśli ktoś chce bardziej treściwą, obiadową sałatkę to da więcej kurczaka. Jeśli ma ochotę na pomidora zamiast papryki - ależ proszę bardzo (chociaż nie sprawdzałam, ale sądzę że pomidor będzie pasował). Majonez pewnie można zastąpić jakimś "lżejszym" odpowiednikiem, ale ja nie czułam potrzeby więc nie mam nawet pomysłu :)

Podaję kolejność robienia, która według moich wielu doświadczeń jest najwygodniejsza i gwarantuje najlepsze wykorzystanie smaku (oraz czasu).

 - Mięso polecam przygotować dzień wcześniej, albo rano, żeby nasiąkło przyprawami. Kurczaka pokroić w kostkę, dosyć drobną. Najgrubszą część piersi sugeruję przekroić dodatkowo w poprzek, żeby kawałki nie były za duże. Zasypujemy przyprawą (dużą ilością, właściwie to robimy panierkę przyprawową, kurczak ma być aż pomarańczowy) i odstawiamy do lodówki.
 - Sos czosnkowy - jogurt z majonezem miksujemy, dodajemy wyciśnięty czosnek (bądź przyprawę czosnkową) i miksujemy do gładkiej konsystencji. Ilości czosnku nie zasugeruję bo nie wszyscy muszą tak kochać ten składnik jak ja, ale pamiętajcie, że sos się przegryzie i zrobi trochę bardziej czosnkowy niż w trakcie robienia. Dobrze jest sos też odstawić na jakąś godzinkę do lodówki.
 - Dalszy ciąg kurczaka - kurczaka w przyprawie wrzucamy na rozgrzaną patelnię (ja zazwyczaj nie używam oleju, ewentualnie odrobinkę) i smażymy a właściwie grillujemy aż wszystkie kawałki będą gotowe. W przypadku suchej patelni trzeba uważać, żeby się nie przypalił. Odstawiamy w miseczce do przestygnięcia - ciepły kurczak wrzucony do zimnej sałatki nie jest problemem, ale ciężko go "poukładać" bo parzy palce, ale o tym potem.
 - Warzywa kroimy w kostkę (kapustę w "piórka", fetę w kostkę) i układamy warstwami w misce dzięki temu w każdej porcji jest po równo każdego składnika. Na samym dole i na wierzch dajemy kapustę a w środku dowolna kolejność.
 - Na warzywa wrzucamy ostygniętego kurczaka, całość zalewamy większością sosu, zostawiając sobie trochę na sam wierzch.
 - Na górę kładziemy drugą połowę pokrojonej kapusty, dociskamy sałatkę i zalewamy resztą sosu.

Voila! gotowe. Teraz polecam włożyć sałatkę jeszcze na chwilę do lodówki, żeby składniki się przegryzły. Podobno najlepsza jest na następny dzień - nie wypowiem się, bo za rzadko miałam okazję porównać - u nas wychodzi zazwyczaj w ciągu pierwszych 10 godzin. Na tempo znikania sałatki nie ma wpływu jej ilość. Tak samo szybko a nawet szybciej wychodzą 4 wielkie michy jak jedna skromna.

Sałatka jak widać do trudnych nie należy, niestety wymaga trochę czasu, sporo krojenia i jest dosyć upierdliwa w wykonaniu - ale wierzcie mi warta tej roboty. Polecam pomęczenie się raz ze wszystkimi składnikami, na drugi raz i kolejne na pewno znajdzie się zapalony wielbiciel, który dla otrzymania miski sałatki zgodzi się objąć stanowisko Wielkiego Krojczego, Wam pozostawiając jeno dyrygowanie ;)

Przypominam tylko, że czosnek jest bardzo zdrowy, dobrze robi na krążenie, w razie choroby pomaga szybciej wyzdrowieć. Odgania wszelkie wirusy a użyty w większej ilości na pewno ochroni Was przed wampirami ;) polecam czosnek - dobry jest! Howgh!

Teraz trochę o maszynie. Jeśli ktoś zmęczył partię rozwlekłą, kulinarną ;)


Jeszcze nie wypróbowałam wszystkich możliwych ustawień Julki ale już się zaprzyjaźniłyśmy. Sprawdziła się na paru skrawkach materiału, przyszyła lamówkę do kocyka (paskudnie krzywo, ale to moja wina - spieszyłam się, bo w nocy zimno :P). Użyłam jej również do przyszycia, w karygodny z punktu widzenia porządnej krawcowej sposób, nowego suwaka do zimowej kurtki J. 
Otóż kurtka ma lat już sporo, musi przeżyć ten sezon, może jeszcze następny, zatem oddawanie jej do wymiany suwaka byłoby z ekonomicznego punktu widzenia, bez sensu. Suwak jest zaszyty na amen we wszystkich okolicznych warstwach materiału, rozpruwanie domowe tegoż zagroziłoby prawdopodobnie integralności całej kurtki, musiałam zatem podejść do problemu z innej strony - przyszyć nowy suwak do starego suwaka. Niestety, obcięcie ząbków zostawiłoby po sobie zaledwie 5 milimetrowy kawałek materiału, który znając moje szczęście zaraz na nowym szwie zacząłby się siepać. Niewiele myśląc (bardzo niewiele patrząc po prymitywności rozwiązania) naszyłam nowy suwak na stary dokładnie pomiędzy zwałami warstw ocieplanych a ząbkami suwaka. Kurtka waży jakieś 5 kilo, zatem J. musiał mi pomóc podtrzymywać materiał, igła co i raz wpadała między ząbki starego suwaka i się klinowała, ale w końcu udało się i J. od wczoraj może się cieszyć kurtką posiadającą funkcję zapinania na froncie ;) Nie wygląda to pięknie, zwłaszcza, że suwak ma kolor kakao (z sugestią fioletu) a kurtka raczej khaki (kupowanie suwaka na pamięć pochodzącą jeszcze z zimy), pod jednym suwakiem w dalszym ciągu kryją się ząbki drugiego suwaka, ale będzie przynajmniej ciepła i być może posłuży jeszcze za rok. Oto dowód na nieszablonowe myślenie i fatalne warunki "lokalowe" nowego suwaka (bardzo proszę o niekomentowanie koszmarnej krzywości szwu :P)

Suwak wybierał J. nosząc tę kurtkę przez ostatnie parę lat...


Julka z godnością sunęła tam gdzie jej kazałam w obu przypadkach. Oczywiście trochę się blokowała na wysokości nap w kurtce, gubiła igłę zaklinowaną między ząbkami, ale nie zgubiła ani jednego ściegu, nic nie zapętliła, szyła bardzo cichutko i dzielnie :)

Jak wspomniałam - zauważyłam kilka różnic pomiędzy Julką a Łucznikiem FA, z którego miałam okazję korzystać.
W pierwszej kolejności - Minusy Julii
 - Julia jest odrobinę lżejsza, albo mi się wydaje (nie trzymałam obu na raz), ogólnie sprawia wrażenie trochę delikatniejszej
 - wajcha do opuszczania stopki jest plastikowa

 - bolce na które zakłada się górną szpulkę są metalowe ale wyciągane na zasadzie antenek
 - wajcha do ściegu wstecznego plastikowa i ma odrobinę luzów
 - pokrętła zdecydowanie delikatniejsze niż w FA

Powyższe elementy w sumie dają raczej niepochlebny obraz w kwestii użytych materiałów i ich trwałości, ale ja obsesyjnie dbam o sprzęty wszelkiego rodzaju, maszyną nie mam w planach żonglować, więc nie sądzę, żebym w najbliższym czasie miała mieć jakiekolwiek problemy.

Różnice neutralne według mnie - za mało do tej pory szyłam, żeby móc stwierdzić czy to wady czy zalety.
 - nie ma opcji wyłączenia dolnego transportu - jest za to w zestawie płytka przykrywająca ząbki, montuje się i demontuje nad wyraz łatwo (z tego co pamiętam, moja Mama w Singerze miała podobnie i nie narzekała)
 - nie ma regulacji docisku stopki (już zauważam, że to drobny minus)
 - pstryczek służy nie tylko do włączenia światełka ale do włączenia maszyny. Dla mnie to wygoda bo nie muszę Julki odpinać od prądu za każdym razem, ale na logikę - po co mi światełko jak będę szyła w środku słonecznego dnia? pozostaje wykręcić wtedy żarówkę, a to już dodaje roboty
 - ma dwa zestawy szwów specjalnych - niestety nie zauważyłam jakichś ogromnych różnic pomiędzy jednym a drugim, ale zakładam, że to kwestia wprawy - niektóre szwy są według mnie po prostu brzydkie i nie wiem gdzie miałabym ich użyć skoro wyglądają jak pierwszy lepszy supeł...:/
Zdjęcie ze strony GaleriiŁucznik.

 - pojemnik na drobiazgi od maszyny schowany w zdejmowanej części roboczej ale niedostępny "z zewnątrz". W FA pojemnik był dostępny w każdej chwili. Jeszcze nie zdecydowałam czy to wygodne czy nie. Zakładam, że szanująca się krawcowa ma najczęściej używane akcesoria w osobnym pudełku a w tym pojemniku trzyma olej, śrubokręt, pędzelek itd, do których użycia i tak musi zdjąć część "blatu" - ja tam trzymam chwilowo stopki i bębenki, więc zdejmowanie za każdym razem jest trochę upierdliwe. Na FA za mało szyłam żeby stwierdzić czy klapka pojemniczka przeszkadza w pracy.


Plusy:
 - ukryty w obudowie mechanizm naprężenia górnej nitki - mam 3 koty i wszędzie kudły - to chyba jasne że dla mnie to plus gigantyczny ;)

 - nawijanie nici na bębenek - w FA trzeba było przesunąć bolec bębenka w prawo i dodatkowo wrzucić napęd "na luz" przekręcając pokrętło w kole napędu (wiecie o co mi chodzi? ), w Julii jedynie bolec bębenka i jedziemy
 - lepiej wymyślone trzymanie klapki od bębenka - w Łuczniku FA niestety ułamał się zawias tejże klapki, w Julii sprawdziłam - jest to bardzo trudne do zrobienia a przypadku wypadku prostsze do naprawienia
 - śrubki chcą się odkręcać... FA niestety miał je chyba wszystkie zaklejone bo tylko jedną dało się odkręcić celem nasmarowania mechanizmu.
 - czy wspominałam, że ma ukryty mechanizm naprężenia górnej nitki? ;)
 - Julka posiada płynną regulację szerokości ściegu, co przy szwie prostym przekłada się na płynną regulację położenia igły - już stwierdziłam, że jest to szalenie wygodne :) ale jeszcze nie wymyśliłam jak to zastosować do ściegów "specjalnych" i co z czym łączyć...
 - oczywiście Julia ma obcinacz do nici. W troszkę niewygodnym miejscu, ale w sumie nie ma wygodniejszego
 - jest cichutka, chociaż sądzę, że gdyby w serwisie udało się rozkręcić FA i dokładnie całość wyczyścić poziom hałasu pewnie by zmalał, ale nie do poziomu Julii - przy tej maszynie można spać
 - dużo lżej działający pedał - mam dzięki temu dużo większą kontrolę nad prędkością szycia.

Tylko tyle na razie zauważyłam. Jestem zachwycona zakupem, mam swoją własną osobistą maszynę i niniejszym będę szyć. Kiedy - jeszcze nie wiem, pewnie po świętach, ale będę :)

Gratis do maszyny (kupowałam na Alledrogo) dostałam 9 dodatkowych stopek. Jedna - do szycia krytego mi się zdublowała. Ta z gratisów jest cała metalowa i sprawia solidniejsze wrażenie. Brakuje mi aktualnie jedynie stopki do przyszywania guzików (straszliwie tego nie lubię) i zestaw na długi czas mi wystarczy.
Dostałam również stopkę do szycia ściegiem overlokowym, z taką dziwną częścią, która chyba powinna robić za nożyk wyrównujący krawędź - cóż... chyba nie bardzo.
Ponownie: źródło GaleriaŁucznik

Ciekawa jestem czy ktokolwiek w ogóle tej stopki używa, na mój gust wydaje się zupełnie bez sensu. Maszyna  i tak nic nie zastąpi osobnego overlocka, chociaż nie miałam okazji nawet takiego pomacać a ten nożyk to po prostu kawałek tępej blaszki :/
Do zestawu dokupiłam sobie jeszcze małe przydasie w sklepie ETI: matę do cięcia, nóż krążkowy, linijkę, mazak znikający (to był akurat zestaw), dodatkowy olej do maszyny, pędzelek do czyszczenia i parę innych drobnych pierdółeczek. Z maty jestem bardzo zadowolona, nóż się przyda, resztę na pewno wykorzystam :)

Teraz do inszych aktualności:

 - Pierniczki atakują nas aktualnie z każdego kąta i z każdego pojemnika... zrobiłam trzy partie i nie mam ich już gdzie trzymać. Polecam za to przepis Margarytki - nawet z moim sypaniem składników "na oko" (nie posiadam nawet jednej miarki czy wagi w mieszkaniu) wyszły pyszne tuż po upieczeniu, trochę wyrosły i aktualnie są mocno twarde, acz da się pochrupać. Na święta będą jak znalazł :)
A to tylko połowa - ciasto na druga taka partię czeka w lodówce a jutro odbiorę komplet stempelków literkowych coby personalizować świąteczne wypieki ;)

 - Czarne Monstrum - rękawy przede mną, trzymajcie kciuki, żebym nie wywaliła sukienki przez okno, sama myśl o pruciu potwora mnie odrzuca...

 - aktualnie na drutach szybka czapka w kolorze czerwonym, ale będzie miała małe, śmieszne atrakcje :) jak tylko kupię czarny filc to pokażę.

 - masowe ozdóbki mniejjadalne... ech szkoda gadać... masa solna schnie 4 dzień. Zimna porcelana... jeszcze gorsze "ech"... zrobiłam 8 krążków, dwa się przypiekły za mocno przy próbie podsuszenia (no jaki przeciętny człowiek ma piekarnik z temperaturą 100 stopni Celsjusza?! -.-), dwa się zniekształciły, a pozostałe popękały i zbulwiły się trochę (jakby miały zamiar wyrastać ale nie do końca).

Dzisiaj wrzuciłam w desperacji do piekarnika. I się spiekły dla odmiany. Ale przynajmniej są suche. No i kocia inspekcja zaakceptowała ;) Malowanie powinno zakryć to spieczenie?

Zaczęłam próby dekupażowe. O dziwo wyszło całkiem nieźle ;)

Tak wygląda nieudana zimna porcelana... Od góry - purchle, spieczenie i purchel oraz pęknięcie. A wszystko w dodatku zamiast białe jest beżowe... dwa krążki dzisiaj połamałam...

 - w planach: no przydałoby się ze dwie chusty zrobić, jestem na etapie szukania prostego wzoru z jakimś elementem ozdobności (kolejne Gingko? chyba trochę za mało prosta z wzorem po lewej stronie).

Gdzieś po drodze jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia, usiłuję się ogarnąć teraz z większością, żeby przed samymi świętami nie latać jak kot z pęcherzem. I tak sporo zostanie do zrobienia na ostatnią chwilę - każdy chyba to zna ;)

Zwierzaki? zwierzaki głupieją jak biegam pomiędzy kuchnią, łazienką a salonem ;) przedwczoraj wróciliśmy do domu i zastaliśmy Kluskę w stanie paniki. Nie mamy pojęcia co się stało, ale bała się wychylić nosa zza lodówki, a jak już wyszła to zachowywała się jakby była w zupełnie obcym miejscu pełnym niebezpieczeństw... O_O jakaś forma manii prześladowczej? aurę zagłady przynieśliśmy do domu? co ciekawe z obiema kotami i królikiem dalej się dogadywała jak zwykle, nas się nie bała, tylko przez ten jeden wieczór straszyły ją gwałtowne ruchy i hałasy O_O następnego dnia wszystko wróciło do normy - wariatkowo ;)

O rany, spojrzałam na długość posta i jeśli udało Ci się, drogi czytelniku, dotrzeć aż tutaj - gratuluję :) W nagrodę mikołajkowa Mona :)

Wracam zatem do swojego małego roboczego kącika porozstawianego po całym mieszkaniu :)

Jeszcze tu wrócę z kolejnymi nowinami :) Wy też wróćcie, obiecuję, że kolejne posty nie będą już przydługie :)

Pozdrowienia Mikołajkowe :)

Wszystkie zdjęcia oczywiście zrobione przez J. - Nadwornego Fotomistrza :)

15 komentarzy:

  1. A., zimna porcelana schnie bez piekarnika ;)
    ilości dzieł tfórczych gratuluję, no i jakie piękne pierniczki :)
    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teoretycznie bez piekarnika - ta z mojego przepisu jednak w piecu lepiej schnie;) po 4 dniach bez pieca popękała strasznie więc wsadziłam na jakieś 20 minut do gorącego piekarnika i dalej nie popękała - czyli zależy od przepisu... Pamiętaj, że ja nie robiłam tej z kleju itd, tylko skrobia, soda i woda.

      Pierniki są pyszne :P

      Usuń
    2. spróbuj zrobić tę z klejem, mi wyszła i schnie pięknie http://manualni.pl/zimna-porcelana-bez-gotowania/
      rozbraja mnie pingwinek, jest śliczny :)
      M.

      Usuń
    3. Sama Ci ten przepis wysłałam ;) może spróbuję a może nie, babranie się z klejem wśród ton pierników porozkładanych wszędzie oraz 3 sierszczących się kotów - chyba słaby pomysł ;P ale rozważę :)

      Pingwin i bałwanek były razem na jakimś darmowym zestawie wzorów świątcznych, jak widać można dekupażować nawet zwykła kartkę z drukarki :P

      Usuń
    4. no jasne, że Ty mi wysłałaś, a potem sama zrobiłaś z jakiegoś badziewnego przepisu. uznałam więc, że ten Ci widocznie zaginął ;)
      M.

      Usuń
    5. bo skrobię i sodę miałam w domu w ilościach nadprogramowych a przyniesienie do mieszkania kleju w dowolnej formie mogłoby mieć koszmarne konsekwencje w połączeniu z temperamentem Kluski :P już używanie octu stanowi wyzwanie o czym przekonałam się potykając o kota i zasmradzając przedpokój :P

      Usuń
  2. Dzięki za obszerną recenzję Julki. Trochę moich obaw niestety się potwierdziło (np. to, że jest lżejsza od starszych łuczników i że plastik ma w niej większy udział niż metal). Chyba jestem za bardzo wymagająca :))) Szkoda, że nie można wyłączyć ząbków, tylko zakładać specjalną płytkę, no i brak docisku stopki to jednak duży minus :((( Ale myślę, że po prostu potrzebuję bardziej profesjonalnej maszyny (biorąc pod uwagę, że się rozbestwiłam na przemysłowych stębnówkach). Sądząc po opisie to dla osób zaczynających szyć będzie to dobry wybór (przecież nie od razu trzeba haftować, pikować i inne takie..) A za przepis dziękuję i lecę kupować składniki :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie też moje wrażenie, ale na tę cenę, jako maszyna domowa/do ćwiczeń/prac drobnych różnych, moim zdaniem wygrywa. Janome czy innych marek maszyn z lepszej jakości materiałów w tym zakresie cenowym jest zaledwie kilka a i mają jedynie funkcje podstawowe, zatem wybrałam "najwięcej opcji w danej cenie" ;) i nie omieszkam się jej wykorzystać :D

      Leć i daj koniecznie znać czy sałatka zyskała aprobatę ;)

      Usuń
  3. Najważniejsze, że jesteś zadowolona generalnie, a te szczegóły, do których można mieć zastrzeżenia, to według mnie też dają się przełknąć w maszynie "ćwiczebnej", na która nie chce się wydawać majątku. Poza tym zawsze masz pole do marzeń o kolejnym egzemplarzu :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Toteż nie narzekam w ogóle. Przedstawiłam jedynie obiektywny komentarz, Julka i tak jest najwspanialsza bo jest moja własna osobista :) Marzeń w kwestii wyposażeniowej mam tyle, że klika osób mogłabym rozdzielić i cieszę się, że pierwszy krok do tego celu udało mi się wykonać :)

      Pozdrawiam

      Usuń
  4. powiem ci, że stopka do owerlokowego ściegu to jedna z trzech, których nagminnie używam. najczęściej oczywiście używam zwykłej:) ta blaszka chyba służy do tego, żeby kontrolować drogę ściegu, żeby było równo i prosto. spróbuj obrzucić brzeg materiału zygzakiem ze zwykłą stopką i z tą, zobaczysz jaka jest różnica;p ja owerloka nie mam więc tym się ratuję przy grubych tkaninach, cienkie robię szwem francuskim. farba zakryje wszystko, nie będzie widać spieczenia;p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz? super :) jak odgrzebię maszynę spod ster równych dziwnych rzeczy i nareszcie do niej usiądę, na pewno wypróbuję :) wielkie dzięki :)

      Farba faktycznie litościwie przykryła wszystko ;) aczkolwiek spieczona masa solna przypominająca ciastka, po pomalowaniu na brązowo przypomina słodycze jeszcze bardziej... muszę chyba naklejki "niejadalne" im zamontować :P

      Usuń
  5. Jak ja u Ciebie dawno nie byłam, a tutaj tyyyle do czytania! Nadrabiam! :)

    Zanim zapomnę - stopka do ściegu overlockowego jest bardzo przydatna do obrzucania brzegów. Tępa blaszka z przodu, służy do prowadzenia tkaniny, niestety wcześniej równo przyciętej. To niestety nie jest overlock i nie posiada noża, ale są i takie stopki z nożem, tylko spooro większe :)
    http://www.zgrzewarka.eu/go/_info/?user_id=569&lang=pl
    U siebie na blogu kiedyś pokazywałam stopkę, do której nie jesteś przekonana... i pokazałam również jak wygląda ścieg z nią i bez niej :)
    http://bezdomna-szafa.blogspot.com/2012/09/wasna-metka-i-stopka-do-sciegu.html

    Przyszycie suwaka powaliło mnie na łopatki :D
    Ukryty "właz" do schowka, to nie jest niestety najszczęśliwsze rozwiązanie, ale projektanci nieraz właśnie tak kombinują jak ja z drutami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No kurcze, przeczytałam Twego bloga od dechy do dechy a ta informacja akurat mi umknęła... -.- dziękuję za wyjaśnienie :D

      Suwak - no co zrobić, jak się inaczej nie da to człowiek kombinuje "na chwilę"... a to "na chwilę" ma tendencje do wytrzymywania dłużej niż wszelkie roboty zrobione porządnie :P mnie też powala wykonanie, ale na szczęście kurtka posiada jeszcze klapkę na napy i J. nie razi fuszerką osób postronnych :D A w brzucho ciepło :)

      Usuń
  6. Zupełnie nie znam się na maszynach do szycia, także przez sporą część Twojego posta wybałuszałam oczy w totalnym braku zrozumienia :P Niemniej zapraszam do mnie na konkurs: http://www.wnetrzazewnetrza.pl/2012/12/konkurs.html
    Zostało tylko kilka godzin na zapisy :) Także zachęcam do udziału! Bo nagrody naprawdę bardzo apetyczne... Może nie jest to nic związanego z szyciem, ale i tak warto. Sama zobacz! :)

    OdpowiedzUsuń