poniedziałek, 31 grudnia 2012

Podsumowanie i takie tam nowiny

Nie zaginęłam, nie zjadły mnie dzikie koty kurzu wymiatane z kątów, nie utonęłam w wiadrze ze średnio czystą wodą z mydlinami, król nie zakopał mnie we własnych deko przestarzałych wiórkach, nie spadłam z drabiny podczas malowania, nie wykłułam sobie oka drutem, żeby już nie patrzeć na Czarną Maszkarę. Choroba też nie dała rady mnie powalić (acz wyzuła mnie z sił i zabrała wszechświatowi na prawie tydzień). Żyję, przynajmniej jeszcze :) Acz, bardziej lub mniej ukradkowo, wciąż pokasłuję :/

Obiecywałam już tyle razy demonstrację Czarnego Potwora. I nie udało się przed wręczeniem go sfotografować. Mój umysł w czasie pakowania prezentów błądził gdzieś między chęcią zakopania się w ciepłym łóżku a odcinaniem sobie różnych części ciała (w zależności co akurat bardziej dokuczało) i zdjęć przedświątecznych brak. Ale jest poświąteczne, na posiadaczce, która mimo przekazu nienawiści ukrytego pomiędzy oczkami, ciucha pokochała i jest zadowolona (mnie kolor czarny aktualnie odstręcza a konieczność zrobienia więcej niż 30 prawych oczek pod rząd wywołuje myśli samobójcze...). Przedstawiam Potwora vel. cudną kieckę.

Jakoś w międzyczasie dostałam zamówienie od bliskiego mi człowieka. Dostałam linka z inspiracją, dostałam kolorystykę i zostałam zapytana "A to się da?". Moje "OFCORZ" zostało przyjęte zachwytem, a ja potem siedziałam i dłubałam i wydłubałam co następuje w prezencie dla ukochanej przyjaciela. Elementy czarne to wstawki z filcu.
Tutaj niestety jeszcze nie schowana jedna nitka, a na jednej kieszonce jest dodatkowo ślad kociej łapki, również z filcu.

Jak określiła ukochana przyjaciela "można trzymać ręce w kieszeniach czapki!!! how awesome is that?" :)

Poza tym postanowiłam, że więcej zamówień nie przyjmuję... Mogę zrobić dla kogoś "coś", ewentualnie "takie coś" lub "takie coś z takim czymś zupełnie niepodobne do takiego czegoś". Ale zamówień na "czarną prostą sukienkę" nigdy więcej... a najchętniej to już nigdy nic wykraczającego poza określenie "czapka, czerwona" albo "coś ciepłego, żeby się owinąć". A i to średnio chętnie, bo zawsze, bez względu na okoliczności i rzeczywiste oczekiwania, gdzieś kryje się jakiś termin, który będzie potem ugniatał szczególnie wrażliwe partie mojego mózgu... Bo jak to tak, jesień nadchodzi a ta obiecana ciepła chusta jeszcze w lesie itd. chyba każdy to zna. No zraziłam się do takich zamówień straszliwie, aktualnie odeszła mi wręcz ochota na jakiekolwiek ekscesy drutowe... no może poza kolejną próbą chustową w Razem-robieniu u IK.
Chusta ta aktualnie na etapie 6tego powtórzenia Flower Chart leży w szufladzie i czeka aż zakończę przygotowania do wieczoru sylwestrowego :) albo świętowanie nowego roku samego w sobie. Jeszcze parę dni wolnego przede mną :) Nareszcie czerwony Drops Lace przeradza się w coś mającego ręce i nogi... albo chociaż 3 rogi ;)

Z rzeczy pozostałych, zostałam obdarowana przez kochaną duszyczkę wspaniałym prezentem świątecznym. Dostarczony na pocztę przez Pana Listonosza przed świętami, z winy paskudnego wirusa co mnie wyłączył ze świata żywych i półżywych, trafił do mnie dopiero kilka dni temu. I zachwycił i rozmruczał i zaświecił oczkami :)  Jeszcze raz za pośrednictwem internetów przesyłam serdeczne podziękowania dla Aty :) takie piękności dostałam :)

J. narzekał, że z 30 zdjęć które zrobił żadne się nie nadawało, więc jest takie. Ach te frywolitki!!! 

Moje zamroczenie pochorobowe powiesiło kota na ścianie za ucho...

... kiedy kota przeznaczeniem niewątpliwie jest wnętrze książki :)


Wzdychałam potajemnie do plecionych bransoletek od jakiegoś czasu, Ata to chyba siódmym zmysłem wyczuła :) PS: w tle efekty malowania :)

Z wieści z frontu zwierzęcego: Kluska jest aktualnie najbardziej rozpieszczanym członkiem rodziny. Nie tylko J. i ja ją rozpuszczamy, pozostałe dwa koty, zwłaszcza Hejka, też pozwalają młodej praktycznie na wszystko. A potem ją przytulają, wylizują i idą spać.


Dwa dni temu J. trącił małą drzwiami, ta pisnęła a Heja poleciała jak strzała, cała najeżona, bronić malucha :) Uwielbiam koty ;)

Z wymiany elektrośmieci w tym roku dostaliśmy z J. aż trzy choinki. Jedna zdobi dom mojej mamy, nam zostały dwie i potykamy się o nie co krok. A Kluska ma nowy przysmak (gałązki) oraz doskonałą, świecącą zabawkę:

Bombki specjalnie zakupiono plastikowe i przy ich testowaniu żaden kot nie ucierpiał.

Prawie na koniec chciałabym Was wszystkich przestrzec przed tym obrzydliwym krążącym wirusem. Paskudztwo rozwija się w ciągu kilku godzin, ma objawy wręcz grypowe minus gorączka i ból gardła, za to z potwornym kaszlem. Osłabienie i ból mięśni dostaje się w gratisie. i powiadam Wam: JEDZCIE CZOSNEK!!! W ilościach hurtowych. Zapijajcie herbatką z sokiem malinowym i róbcie inhalacje z amolem. A potem dorzućcie jeszcze parę ząbków czosnku do paru ząbków czosnku. Chyba tylko dzięki temu doszłam do siebie bo okres okołoświąteczny to zerowa szansa na umówienie wizyty u lekarza, nawet w LuxMedzie. Także powtórzę dla tych co nie są przekonani: CZOSNEK JEST DOBRY I ZDROWY!

Z tymi wieściami oraz rozespaną Kluską zostawiam Was z przygotowaniami do Nowego, niewątpliwie lepszego, Roku oraz po raz kolejny przekazuję niegdyś zasłyszane życzenia:

Oby kolejny rok był najlepszym z minionych a najgorszym z nadchodzących :D 
HAPI NJU JER!!!


PS: moim postanowieniem noworocznym jest napisanie pierwszego zdania magisterki... potem to już z górki :P
Pomijam fakt, że mam już praktycznie wszystkie materiały oraz bazę do stworzenia ostatecznej wersji teoretycznej, ale to pierwsze, mające sens zdanie własnej produkcji jakoś wciąż nie może mi się w głowie ułożyć...

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Świątecznie

W biegu między piekarnikiem a choinką podglądałam dzisiaj te piękne i zmyśle życzenia złożone przez innych Blogerów.  Ładne, przemyślane z rysuneczkiem... Ja miała wstawić wpis ze zdjęciami Czarnej Zmory, czapeczki z uszami i paru innych rzeczy a w zamian się rozchorowałam. Prezenty już popakowane, Czarna Szkarada już jutro zniknie z mojego życia, czapeczka trafiła do adresatki a ja nie mam siły uruchomić aparatu, żeby sprawdzić czy mam jakieś zdjęcie, chociaż poglądowe :( 

Chyba grypisko paskudne mnie dorwało, więc odżywiam się czosnkiem głównie i opijam do wypęku herbatą z sokiem malinowym (fuj) a i tak ledwo na oczy patrzę.

Zatem szybciutko, spoza pasztecików:

Zdrowych (!!!), radosnych i spokojnych Świąt bez przejedzenia i nadmiaru stresu :) I jak najwięcej uśmiechów zarówno rozdawanych jak i otrzymywanych :) oraz oczywiście kotek (nie mój a znany w internetach osobnik :) )

Jak tylko odzyskam odrobinę wrodzonego wigoru wrzucę prawdziwy wpis z podsumowaniem i być może nareszcie zdjęciami :)

Pozdrawiam

środa, 19 grudnia 2012

Sukces!!!

Oświadczam, że Czarny Potwór został skończony!!! pokonałam swoją nienawiść do Paskudy i zamknęłam ostatnie oczko :) Reszta wieści wkrótce.

Pozdrawiam

czwartek, 6 grudnia 2012

Update maszynowo-kuchenny

Nadeszła nareszcie ta krótka chwila, kiedy mam możliwość na spokojnie napisać posta i uzupełnić wcześniejsze informacje. Uwaga, będzie dłuuuugo i zdjęciowo! Jak kogoś sałatka nie interesuje zapraszam kawałek niżej.

W pierwszej kolejności: przepis na sałatkę ;) w komentarzu do poprzedniego posta zostałam o niego poproszona, zatem oto Sałatka Gdyńska (nie mnie należą się pochwały za przepis).
Składniki na średniej wielkości miskę (nie umiem określić dokładniej, ja wszystko na oko robię, ilość powiedzmy, obiadowa na dwie osoby):
 - jedna kapusta pekińska średnia (chyba, że ktoś lubi dużo kapuchy)
 - 2-3 papryki czerwone (również w zależności od smaku)
 - 3 spore ogórki kiszone (polecam te domowej roboty, bo zawsze smaczniejsze niż kupne)
 - jedno opakowanie sera a la FETA (wiem, że to nie jest prawdziwa feta, zatem pilnuję nazwy) - najlepsza jest Mlekovita w niebieskim kartoniku
 - jedna pojedyncza pierś z kurczaka (chyba, że ktoś ma ochotę na bardziej mięsną to wtedy podwójna)
 - jedno opakowanie przyprawy Gyros lub Kebab-Gyros (nazwa zależy od firmy - różnicy pomiędzy przyprawami różnych firm nie zauważam, jedynie przyprawa grillowa się nie nadaje bo jest grubo "mielona")
 - ewentualnie nieduża cebulka (jeśli ktoś chce)
 - jeden duży kubeczek jogurtu naturalnego (im gęstszy tym lepszy, polecam Bakomę)
 - majonez - tak na oko 2-3 duże łyżki
 - czosnek (ile kto lubi, ja uwielbiam więc proszę się nie sugerować tym, że dodaję 4 ząbki czosnku do sosu) bądź w razie braku dobrze sprawdza się też czosnek w mini kostkach Knorra.

I to koniec. Jak widać praktycznie wszystkie produkty mierzy się wedle własnego widzimisię lub smaku. Ja uwielbiam sos czosnkowy, im mocniejszy tym lepszy. Jeśli ktoś chce bardziej treściwą, obiadową sałatkę to da więcej kurczaka. Jeśli ma ochotę na pomidora zamiast papryki - ależ proszę bardzo (chociaż nie sprawdzałam, ale sądzę że pomidor będzie pasował). Majonez pewnie można zastąpić jakimś "lżejszym" odpowiednikiem, ale ja nie czułam potrzeby więc nie mam nawet pomysłu :)

Podaję kolejność robienia, która według moich wielu doświadczeń jest najwygodniejsza i gwarantuje najlepsze wykorzystanie smaku (oraz czasu).

 - Mięso polecam przygotować dzień wcześniej, albo rano, żeby nasiąkło przyprawami. Kurczaka pokroić w kostkę, dosyć drobną. Najgrubszą część piersi sugeruję przekroić dodatkowo w poprzek, żeby kawałki nie były za duże. Zasypujemy przyprawą (dużą ilością, właściwie to robimy panierkę przyprawową, kurczak ma być aż pomarańczowy) i odstawiamy do lodówki.
 - Sos czosnkowy - jogurt z majonezem miksujemy, dodajemy wyciśnięty czosnek (bądź przyprawę czosnkową) i miksujemy do gładkiej konsystencji. Ilości czosnku nie zasugeruję bo nie wszyscy muszą tak kochać ten składnik jak ja, ale pamiętajcie, że sos się przegryzie i zrobi trochę bardziej czosnkowy niż w trakcie robienia. Dobrze jest sos też odstawić na jakąś godzinkę do lodówki.
 - Dalszy ciąg kurczaka - kurczaka w przyprawie wrzucamy na rozgrzaną patelnię (ja zazwyczaj nie używam oleju, ewentualnie odrobinkę) i smażymy a właściwie grillujemy aż wszystkie kawałki będą gotowe. W przypadku suchej patelni trzeba uważać, żeby się nie przypalił. Odstawiamy w miseczce do przestygnięcia - ciepły kurczak wrzucony do zimnej sałatki nie jest problemem, ale ciężko go "poukładać" bo parzy palce, ale o tym potem.
 - Warzywa kroimy w kostkę (kapustę w "piórka", fetę w kostkę) i układamy warstwami w misce dzięki temu w każdej porcji jest po równo każdego składnika. Na samym dole i na wierzch dajemy kapustę a w środku dowolna kolejność.
 - Na warzywa wrzucamy ostygniętego kurczaka, całość zalewamy większością sosu, zostawiając sobie trochę na sam wierzch.
 - Na górę kładziemy drugą połowę pokrojonej kapusty, dociskamy sałatkę i zalewamy resztą sosu.

Voila! gotowe. Teraz polecam włożyć sałatkę jeszcze na chwilę do lodówki, żeby składniki się przegryzły. Podobno najlepsza jest na następny dzień - nie wypowiem się, bo za rzadko miałam okazję porównać - u nas wychodzi zazwyczaj w ciągu pierwszych 10 godzin. Na tempo znikania sałatki nie ma wpływu jej ilość. Tak samo szybko a nawet szybciej wychodzą 4 wielkie michy jak jedna skromna.

Sałatka jak widać do trudnych nie należy, niestety wymaga trochę czasu, sporo krojenia i jest dosyć upierdliwa w wykonaniu - ale wierzcie mi warta tej roboty. Polecam pomęczenie się raz ze wszystkimi składnikami, na drugi raz i kolejne na pewno znajdzie się zapalony wielbiciel, który dla otrzymania miski sałatki zgodzi się objąć stanowisko Wielkiego Krojczego, Wam pozostawiając jeno dyrygowanie ;)

Przypominam tylko, że czosnek jest bardzo zdrowy, dobrze robi na krążenie, w razie choroby pomaga szybciej wyzdrowieć. Odgania wszelkie wirusy a użyty w większej ilości na pewno ochroni Was przed wampirami ;) polecam czosnek - dobry jest! Howgh!

Teraz trochę o maszynie. Jeśli ktoś zmęczył partię rozwlekłą, kulinarną ;)


Jeszcze nie wypróbowałam wszystkich możliwych ustawień Julki ale już się zaprzyjaźniłyśmy. Sprawdziła się na paru skrawkach materiału, przyszyła lamówkę do kocyka (paskudnie krzywo, ale to moja wina - spieszyłam się, bo w nocy zimno :P). Użyłam jej również do przyszycia, w karygodny z punktu widzenia porządnej krawcowej sposób, nowego suwaka do zimowej kurtki J. 
Otóż kurtka ma lat już sporo, musi przeżyć ten sezon, może jeszcze następny, zatem oddawanie jej do wymiany suwaka byłoby z ekonomicznego punktu widzenia, bez sensu. Suwak jest zaszyty na amen we wszystkich okolicznych warstwach materiału, rozpruwanie domowe tegoż zagroziłoby prawdopodobnie integralności całej kurtki, musiałam zatem podejść do problemu z innej strony - przyszyć nowy suwak do starego suwaka. Niestety, obcięcie ząbków zostawiłoby po sobie zaledwie 5 milimetrowy kawałek materiału, który znając moje szczęście zaraz na nowym szwie zacząłby się siepać. Niewiele myśląc (bardzo niewiele patrząc po prymitywności rozwiązania) naszyłam nowy suwak na stary dokładnie pomiędzy zwałami warstw ocieplanych a ząbkami suwaka. Kurtka waży jakieś 5 kilo, zatem J. musiał mi pomóc podtrzymywać materiał, igła co i raz wpadała między ząbki starego suwaka i się klinowała, ale w końcu udało się i J. od wczoraj może się cieszyć kurtką posiadającą funkcję zapinania na froncie ;) Nie wygląda to pięknie, zwłaszcza, że suwak ma kolor kakao (z sugestią fioletu) a kurtka raczej khaki (kupowanie suwaka na pamięć pochodzącą jeszcze z zimy), pod jednym suwakiem w dalszym ciągu kryją się ząbki drugiego suwaka, ale będzie przynajmniej ciepła i być może posłuży jeszcze za rok. Oto dowód na nieszablonowe myślenie i fatalne warunki "lokalowe" nowego suwaka (bardzo proszę o niekomentowanie koszmarnej krzywości szwu :P)

Suwak wybierał J. nosząc tę kurtkę przez ostatnie parę lat...


Julka z godnością sunęła tam gdzie jej kazałam w obu przypadkach. Oczywiście trochę się blokowała na wysokości nap w kurtce, gubiła igłę zaklinowaną między ząbkami, ale nie zgubiła ani jednego ściegu, nic nie zapętliła, szyła bardzo cichutko i dzielnie :)

Jak wspomniałam - zauważyłam kilka różnic pomiędzy Julką a Łucznikiem FA, z którego miałam okazję korzystać.
W pierwszej kolejności - Minusy Julii
 - Julia jest odrobinę lżejsza, albo mi się wydaje (nie trzymałam obu na raz), ogólnie sprawia wrażenie trochę delikatniejszej
 - wajcha do opuszczania stopki jest plastikowa

 - bolce na które zakłada się górną szpulkę są metalowe ale wyciągane na zasadzie antenek
 - wajcha do ściegu wstecznego plastikowa i ma odrobinę luzów
 - pokrętła zdecydowanie delikatniejsze niż w FA

Powyższe elementy w sumie dają raczej niepochlebny obraz w kwestii użytych materiałów i ich trwałości, ale ja obsesyjnie dbam o sprzęty wszelkiego rodzaju, maszyną nie mam w planach żonglować, więc nie sądzę, żebym w najbliższym czasie miała mieć jakiekolwiek problemy.

Różnice neutralne według mnie - za mało do tej pory szyłam, żeby móc stwierdzić czy to wady czy zalety.
 - nie ma opcji wyłączenia dolnego transportu - jest za to w zestawie płytka przykrywająca ząbki, montuje się i demontuje nad wyraz łatwo (z tego co pamiętam, moja Mama w Singerze miała podobnie i nie narzekała)
 - nie ma regulacji docisku stopki (już zauważam, że to drobny minus)
 - pstryczek służy nie tylko do włączenia światełka ale do włączenia maszyny. Dla mnie to wygoda bo nie muszę Julki odpinać od prądu za każdym razem, ale na logikę - po co mi światełko jak będę szyła w środku słonecznego dnia? pozostaje wykręcić wtedy żarówkę, a to już dodaje roboty
 - ma dwa zestawy szwów specjalnych - niestety nie zauważyłam jakichś ogromnych różnic pomiędzy jednym a drugim, ale zakładam, że to kwestia wprawy - niektóre szwy są według mnie po prostu brzydkie i nie wiem gdzie miałabym ich użyć skoro wyglądają jak pierwszy lepszy supeł...:/
Zdjęcie ze strony GaleriiŁucznik.

 - pojemnik na drobiazgi od maszyny schowany w zdejmowanej części roboczej ale niedostępny "z zewnątrz". W FA pojemnik był dostępny w każdej chwili. Jeszcze nie zdecydowałam czy to wygodne czy nie. Zakładam, że szanująca się krawcowa ma najczęściej używane akcesoria w osobnym pudełku a w tym pojemniku trzyma olej, śrubokręt, pędzelek itd, do których użycia i tak musi zdjąć część "blatu" - ja tam trzymam chwilowo stopki i bębenki, więc zdejmowanie za każdym razem jest trochę upierdliwe. Na FA za mało szyłam żeby stwierdzić czy klapka pojemniczka przeszkadza w pracy.


Plusy:
 - ukryty w obudowie mechanizm naprężenia górnej nitki - mam 3 koty i wszędzie kudły - to chyba jasne że dla mnie to plus gigantyczny ;)

 - nawijanie nici na bębenek - w FA trzeba było przesunąć bolec bębenka w prawo i dodatkowo wrzucić napęd "na luz" przekręcając pokrętło w kole napędu (wiecie o co mi chodzi? ), w Julii jedynie bolec bębenka i jedziemy
 - lepiej wymyślone trzymanie klapki od bębenka - w Łuczniku FA niestety ułamał się zawias tejże klapki, w Julii sprawdziłam - jest to bardzo trudne do zrobienia a przypadku wypadku prostsze do naprawienia
 - śrubki chcą się odkręcać... FA niestety miał je chyba wszystkie zaklejone bo tylko jedną dało się odkręcić celem nasmarowania mechanizmu.
 - czy wspominałam, że ma ukryty mechanizm naprężenia górnej nitki? ;)
 - Julka posiada płynną regulację szerokości ściegu, co przy szwie prostym przekłada się na płynną regulację położenia igły - już stwierdziłam, że jest to szalenie wygodne :) ale jeszcze nie wymyśliłam jak to zastosować do ściegów "specjalnych" i co z czym łączyć...
 - oczywiście Julia ma obcinacz do nici. W troszkę niewygodnym miejscu, ale w sumie nie ma wygodniejszego
 - jest cichutka, chociaż sądzę, że gdyby w serwisie udało się rozkręcić FA i dokładnie całość wyczyścić poziom hałasu pewnie by zmalał, ale nie do poziomu Julii - przy tej maszynie można spać
 - dużo lżej działający pedał - mam dzięki temu dużo większą kontrolę nad prędkością szycia.

Tylko tyle na razie zauważyłam. Jestem zachwycona zakupem, mam swoją własną osobistą maszynę i niniejszym będę szyć. Kiedy - jeszcze nie wiem, pewnie po świętach, ale będę :)

Gratis do maszyny (kupowałam na Alledrogo) dostałam 9 dodatkowych stopek. Jedna - do szycia krytego mi się zdublowała. Ta z gratisów jest cała metalowa i sprawia solidniejsze wrażenie. Brakuje mi aktualnie jedynie stopki do przyszywania guzików (straszliwie tego nie lubię) i zestaw na długi czas mi wystarczy.
Dostałam również stopkę do szycia ściegiem overlokowym, z taką dziwną częścią, która chyba powinna robić za nożyk wyrównujący krawędź - cóż... chyba nie bardzo.
Ponownie: źródło GaleriaŁucznik

Ciekawa jestem czy ktokolwiek w ogóle tej stopki używa, na mój gust wydaje się zupełnie bez sensu. Maszyna  i tak nic nie zastąpi osobnego overlocka, chociaż nie miałam okazji nawet takiego pomacać a ten nożyk to po prostu kawałek tępej blaszki :/
Do zestawu dokupiłam sobie jeszcze małe przydasie w sklepie ETI: matę do cięcia, nóż krążkowy, linijkę, mazak znikający (to był akurat zestaw), dodatkowy olej do maszyny, pędzelek do czyszczenia i parę innych drobnych pierdółeczek. Z maty jestem bardzo zadowolona, nóż się przyda, resztę na pewno wykorzystam :)

Teraz do inszych aktualności:

 - Pierniczki atakują nas aktualnie z każdego kąta i z każdego pojemnika... zrobiłam trzy partie i nie mam ich już gdzie trzymać. Polecam za to przepis Margarytki - nawet z moim sypaniem składników "na oko" (nie posiadam nawet jednej miarki czy wagi w mieszkaniu) wyszły pyszne tuż po upieczeniu, trochę wyrosły i aktualnie są mocno twarde, acz da się pochrupać. Na święta będą jak znalazł :)
A to tylko połowa - ciasto na druga taka partię czeka w lodówce a jutro odbiorę komplet stempelków literkowych coby personalizować świąteczne wypieki ;)

 - Czarne Monstrum - rękawy przede mną, trzymajcie kciuki, żebym nie wywaliła sukienki przez okno, sama myśl o pruciu potwora mnie odrzuca...

 - aktualnie na drutach szybka czapka w kolorze czerwonym, ale będzie miała małe, śmieszne atrakcje :) jak tylko kupię czarny filc to pokażę.

 - masowe ozdóbki mniejjadalne... ech szkoda gadać... masa solna schnie 4 dzień. Zimna porcelana... jeszcze gorsze "ech"... zrobiłam 8 krążków, dwa się przypiekły za mocno przy próbie podsuszenia (no jaki przeciętny człowiek ma piekarnik z temperaturą 100 stopni Celsjusza?! -.-), dwa się zniekształciły, a pozostałe popękały i zbulwiły się trochę (jakby miały zamiar wyrastać ale nie do końca).

Dzisiaj wrzuciłam w desperacji do piekarnika. I się spiekły dla odmiany. Ale przynajmniej są suche. No i kocia inspekcja zaakceptowała ;) Malowanie powinno zakryć to spieczenie?

Zaczęłam próby dekupażowe. O dziwo wyszło całkiem nieźle ;)

Tak wygląda nieudana zimna porcelana... Od góry - purchle, spieczenie i purchel oraz pęknięcie. A wszystko w dodatku zamiast białe jest beżowe... dwa krążki dzisiaj połamałam...

 - w planach: no przydałoby się ze dwie chusty zrobić, jestem na etapie szukania prostego wzoru z jakimś elementem ozdobności (kolejne Gingko? chyba trochę za mało prosta z wzorem po lewej stronie).

Gdzieś po drodze jeszcze mnóstwo rzeczy do zrobienia, usiłuję się ogarnąć teraz z większością, żeby przed samymi świętami nie latać jak kot z pęcherzem. I tak sporo zostanie do zrobienia na ostatnią chwilę - każdy chyba to zna ;)

Zwierzaki? zwierzaki głupieją jak biegam pomiędzy kuchnią, łazienką a salonem ;) przedwczoraj wróciliśmy do domu i zastaliśmy Kluskę w stanie paniki. Nie mamy pojęcia co się stało, ale bała się wychylić nosa zza lodówki, a jak już wyszła to zachowywała się jakby była w zupełnie obcym miejscu pełnym niebezpieczeństw... O_O jakaś forma manii prześladowczej? aurę zagłady przynieśliśmy do domu? co ciekawe z obiema kotami i królikiem dalej się dogadywała jak zwykle, nas się nie bała, tylko przez ten jeden wieczór straszyły ją gwałtowne ruchy i hałasy O_O następnego dnia wszystko wróciło do normy - wariatkowo ;)

O rany, spojrzałam na długość posta i jeśli udało Ci się, drogi czytelniku, dotrzeć aż tutaj - gratuluję :) W nagrodę mikołajkowa Mona :)

Wracam zatem do swojego małego roboczego kącika porozstawianego po całym mieszkaniu :)

Jeszcze tu wrócę z kolejnymi nowinami :) Wy też wróćcie, obiecuję, że kolejne posty nie będą już przydługie :)

Pozdrowienia Mikołajkowe :)

Wszystkie zdjęcia oczywiście zrobione przez J. - Nadwornego Fotomistrza :)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Przyszła była wzięła się i jest... Julka

Przyszło moje maleństwo, moje cudeńko, osobiste, własne i śliczne... i będę ją hołubić i przytulać i podziwiać a potem dopiero na niej działać bo kolejka rzeczy do zrobienia "przed świętami" niestety rośnie a ilość możliwych dni wolnych przed 24tym jakoś rosnąć nie chce.

Ale jest. Obejrzałam, przeczytałam instrukcję, obmacałam, rozkręciłam, przypasowałam i spróbowałam.... i o bogowie! Szyje cichutko, nie ma problemów z 4 warstwami materiału, ustawienia do szycia podszewki muszę jeszcze przećwiczyć i ma wyłącznik!!!

Oto ona, już w naszych okolicznościach przyrody:
 Opakowanie z kotem w tle :)

I Julka, chwilowo w niesprzyjających bo zagraconych okolicznościach nastołowych (ktoś tutaj pisze pracę magisterską i uczy się konstrukcji ubrań, nie ma tak dobrze, żeby zarazem porządek był :P)

Mam już parę początkowych uwag odnośnie różnic pomiędzy Julką a Łucznikiem FA ale to już na spokojnie z sesją zdjęciową dokładną opisze przy kolejnej okazji.

W międzyczasie objawiło się w okolicy (mojej, zarówno blogowej jak i tej bardziej osobistej) parę talentów szyciowych. Na chwilę obecną dosłownie parę (para - dwie sztuki jak każdy wie, ale to tylko początek ;) ).
Otóż Intensywnie Ślubny, zwanym tak w komentarzach, zaprezentował na szanownej małżonce swoje dzieło. Jestem pełna podziwu i polecam pooglądanie i podsunięcie mężom/partnerom życiowym/rodzeństwu ;) Mojemu J.  weszło to troszkę na ambicyję, co się z tego urodzi - zobaczymy ;) stay tuned ;)

Poza tym moje bracię rodzone (posiadam takowego, w wieku odpowiednim, reszta bardzo w porządku ;) ) zwizytowało mnie z okazji działalności kuchennej mojej, zwanej ponoć w przeróżnych okołostołecznych miejscach "sałatką A.". Tfór przeniesiony na grunt warszawski z Gdyni wyjątkowo dobrze się przyjął, wytwarzany jest po mieszkaniach ale wszem i wobec głoszona jest opinia, jakoby żadna sałatka nie umywała się do tej robionej przeze mnie. Zatem raz na ruski rok A. zakasuje rękawy, kupuje składników na pułk wojska i zaprasza nazagorzalszego fana do pomocy (vel. brata do krojenia składników). Brat następnie psioczy straszliwie, ale grzecznie sieka kapustę, paprykę i pozostałe składniki, głównej wykonawczyni pozostawiając elementa najważniejsze - kurze piersi grillowane oraz boski sos czosnkowy (oj to to ja umiem zrobić, a jak!!). 
W każdym razie - ostatniej soboty zapewniłam sobie właśnie wątpliwą rozrywkę zaproszenia brata do kuchni na sesję krojenia a w tym samym czasie M. (moja droga przyjaciółka), chcąc skorzystać z ostatnich chwil pobytu Łucznika FA w moim mieszkaniu (zabierając go ze sobą na wyjściu), przybyła na sesje szycia prezentów gwiazdkowych. Prezenty zostały wytypowane (dwie maskotki a la Tilda), materiał wybrany, M. po paru przejściach opanowała maszynę i przeszyła co trzeba. Pozostało żałosne skórki wypchać i zszyć ręcznie.
Po paru ładnych godzinach zapęd do robienia zabawek w nas trochę sklęsł, Bracię doładowane sałatką w dalszym ciągu przebywało w okolicach rękodzielniczych zatem zostało zapędzone (przepraszam - zachęcone, przy pomocy nowej propozycji sałatki) do współpracy. Ta na końcowym etapie wyglądała tak:
Moje kochane rodzeństwo właśnie usiłuje dojść jakim cudem pierwsza noga prosiaka (vel. jeżokreta) zamocowana została do ucha tegoż. Potem problem został rozwiązany, prosiak wyszedł ode mnie ze wszystkimi kończynami na miejscu a Brat bogatszy o nowe doświadczenia został zaproszony na kolejną sesję rękodzielniczą jako pomoc wykończeniowa :). Bawiliśmy się setnie :)

Na koniec dodam, że spódnica dla M. wyszła razem z Bratem, prosiakiem i maszyną pożyczoną, jak otrzymam od M. zdjęcia zrobione w lepszych warunkach niż sobotnia noc w mieszkaniu - na pewno zamieszczę. ogólnie pasuje świetnie, przyszła użytkowniczka zachwycona. Jeden z materiałów siepie się jak oszalały ale z maszyną celem obrębienia współpracować nie chciał :/

Sukienka czarna zwana Czarnym Koszmarem jest na etapie rozpoczętych rękawów ale patrzeć na nią nie mogę. Przerzuciłam się na inny obiecany prezentowo element garderoby w bardziej przyjaznym kolorze czerwonym. 

Poza tym wyżywam się tfurczo w kuchni. I nie, nie robię bigosu, dojrzewającego piernika (chociaż pierniczki owszem), a robię ozdóbki z zimnej porcelany celem ich zadekupażowania (taaaa, tego jeszcze nie robiłam... nie pasjonuje mnie to jakoś strasznie, ale jest łatwe i mało czasu zajmuje a prezent jak znalazł). J. dodatkowo poza powolnym dorastaniem do pomysłu szycia (źródło - Intensywnie Ślubny) pracuje nad ozdóbkami z masy solnej do pomalowania później. Także mamy bardzo tfurczy grudzień. Piekarnik pełen jest baaaardzo powolnie schnących kształtów przeróżnych a ja zastanawiam się gdzie (z dala od kotów) je umieścić na czas pieczenia pierniczków. A te muszą zostać zrobione w tym tygodniu. Masa za to nie wygląda na taką, co to będzie stwardniałą w tym roku :/

Gdzieś mi się plącze jeszcze wygładzanie drugiego rozdziału pracy, szukanie wieści o rozliczaniu kosztów działalności gospodarczej oraz bardzo intensywne podróże mojego Szefa, który potrafi do mnie zadzwonić późnym wieczorem z okazji braku okazji... No i wymiana Tronu, malowanie, przemeblowanie i ogólne uszykowanie prawdopodobnej wigilii u nas w mieszkaniu. A i koty trzeba czasem dopieścić i króla wykicać... 

Czy ja wzięłam na siebie za dużo? Nieeee :D Wkrótce kolejne wieści z frontu, zapraszam ponownie :D

Pozdrawiam