poniedziałek, 8 października 2012

It's alive!!!

Daję niniejszym znaki dymne i inne, że jestem i żyję i jeszcze mam chwilę czasu i coś robię :)

Ten weekend miałam dosyć zawalony zajęciami tak dalekimi od robótkowania, że bardziej się chyba nie dało - studia mnie pochłonęły i wypluły dosyć wyplutą w niedzielny wieczór. Temat magisterki wybrany, materiały do części analitycznej zgarnę w nadchodzący weekend, potem zostaje już tylko napisać kilkadziesiąt stron i przeżyć do egzaminu - niby takie nic. Niech ja się tylko wyleczę do zakończenia tych studiów z najnowszego pomysłu - zrobienia doktoratu. Przez te parę lat studiów i parę lat pracy w okolicach  Działów finansowych w różnych firmach zdążyłam się wyleczyć z miłości do tego kierunku. Na pewno znalazłabym niszę, w której dobrze bym się czuła i mogła dalej rozwijać - ale właściwie po co? Po to, żeby być dalej niedocenianym szarym pracownikiem korporacji, czy mieć problem z jakimkolwiek przekwalifikowaniem się, bo kto chciałby mieć podwładnego z wyższym stopniem naukowym niż on? Inna sprawa, że korporacji mam już serdecznie dość. 
Ale pomysł się narodził a że sam sobie nie pójdzie ot tak, muszę go gruntownie przemyśleć i podjąć dobrą i uzasadnioną decyzję. Zawsze mogłabym zająć się zawodowo gnębieniem studentów - każdy kto miał ze mną zajęcia bądź pomagałam mu w nauce poświadczy, że kawał ze mnie Maupy ale co trzeba umieć to umie (już słyszę jak M., czytając to, rechocze). Ale póki co mam do napisania magisterkę a i do tego jeszcze kawałek :)

Zatem z frontu robótkowego:


Tuba Razem Robiona plus mitenki - robiłam Tubę, robiłam, zachwycona jak szybko przyrasta i jaki Drops Baby Alpaka Silk jest wydajny. Policzyłam i wyszło mi, że mam idealną ilość na komin i mitenki. Zatem aby wykorzystać włóczkę do ostatniego centymetra, złapałam drugie druty i rozpoczęłam nałapniki własnego pomysłu. Niestety gdzieś w międzyczasie odrobinę się przeliczyłam, albo to mitenki takie włóczkożerne wyszły. W każdym razie wygląda to tak - jakieś 3/4 komina zrobione, mitenek też 3/4 a włóczki zostało tyle ile na zdjęciu. Dokończę mitenki a na komin potrzebuję jeszcze jednego kłębka. I to w sytuacji kiedy nie bardzo mogę sobie pozwolić na większe zakupy, jednego motka nie opłaca mi się zamawiać przez internet, amiqs przeniósł właśnie swój showroom z okolic mojej pracy w okolice dla mnie nieosiągalne w godzinach otwarcia a innych stacjonarnych źródeł tej włóczki brak :( No tragedia... Czekam na potwierdzenie od amiqsa, że jednak w tę sobotę będą otwarci, to ruszę wymęczony zadek i będę mogła dokończyć projekt - czas najwyższy, chłody nadeszły, jak słyszałam G. się zaziębiła, więc taki komplecik byłby bardzo na czasie i miejscu... a tu taki zonk. Wyliczanie ilości potrzebnych materiałów nie jest niestety moja mocną stroną :/
Motek wyrabiany z obu stron - dwie mitenki na raz, więc wielkość kłębka nie świadczy o ilości włóczki - w środku jest pusto...

Drops Baby Alpaka Silk, druty 2,0 (ostatnio chyba wszystko trafia na ten rozmiar więc robótki się wloką...)


Poza tym za dużo to nie zrobiłam niestety. Narzekam wiem, ale brak światła słonecznego w czasie wolnym trochę mnie wymęczył. W wolnych chwilach nawiedzam blogi robótkowe i ręce mnie świerzbią do maszyny i nienapoczętej sterty nowych materiałów, a czasu i siły wystarcza mi jedynie na łapanie za druty w pozycji klapniętej na krześle.
Jednak coś tam chwilami udaje mi się zrobić W niedzielę naprawiłam J. przetarte spodnie oraz wykończyłam główną część wiszącego organizera na drzwi łazienki. Muszę mu jeszcze poprawić podklejenie sztywnikiem oraz doszyć kieszenie :) Będzie gruby, pojemny i przepięknie granatowy (co nijak mi się nie komponuje z pobabciowym wystrojem łazienki, ale ja się tym niespecjalnie przejmuję).

Poza tym pastwię się nad J. kulinarnie. Udało mi się zrobić pyszne spaghetti  coś co przy dobrych wiatrach mogło uchodzić za zapiekankę (ze słoika) i było przesolone oraz gwiazdę dzisiejszego wieczoru - chaczapuri.

Z chaczapuri wiąże się śmieszna historyjka (skoro nie mam do pokazania żadnych podbojów na scenie robótkowej ). Za naszych (J. i moich) początków, kiedy jeszcze chciało mi się zaprezentować z jak najlepszej strony (oczywiście lewy półprofil :P) - załączył mi się tryb - pogotujmy trochę. Normalnie niekoniecznie przepadałam za czasem spędzanym w kuchni, miałam może ze 3 popisowe potrawy zwalające z nóg, celowałam w gotowaniu czegoś co określałam mianem "glut z mięsem" a mnie samej nie przeszkadzało żywienie się kawą, papierosami i tostami z solą ziołową. 
I to właśnie ja, w swoim cudownym zaćmieniu, zdecydowałam się poszperać na blogach kulinarnych i powalić J. na kolana nową ciekawą potrawą. W okolicach  połowy lutego wybór mój padł na bułeczki czosnkowe (nie ten konkretny przepis ale bardzo podobny). Wyrób pieczywopodobny z opisu banalny, zachwalany przez komentujących etc. W moim wykonaniu jednakowoż zamienił się w Armatnie Bułeczki Krasnoludów a w dodatku, kiedy już komuś udało się przełknąć chociaż kęs, osiadał na żołądku kamieniem węgielnym. Jak to moja M. podsumowała "tylko Ty mogłaś zrobić bułeczki czosnkowe w Tłusty Czwartek" - mój wojenny wypiek wypadł właśnie tego dnia. Wykonałam chyba 10 sztuk bojowych bułeczek, jedną zmęczyłam sama, rodzinę zmusiłam do zagospodarowaniu jeszcze kilku (to by tłumaczyło rozbity wazon :P ) a pozostałe trzy sztuki w podskokach zaniosłam, ówcześnie pracującemu niedaleko mojego mieszkania, J. Przyjął z zachwytem, z większym zachwytem powąchał, z racji zimna schował do plecaka i pojechał do domu święcie przeświadczony o swoim szczęściu w miłości. Jakieś dwa miesiące później wyciągnęłam z jego plecaka zawiniętą w papier zeschłą bułeczkę, o ciężarze właściwym około kilograma, ale słowem nie skomentował. To był dla mnie znak - musi mnie kochać :D

Ale wracając do chaczapuri - to była moja odskocznia od fatalnego w skutkach wypieku o właściwościach bojowych :) Czy muszę wspominać, że J. już nie rozpływał się już tak w pochwałach przed spróbowaniem dania? :)
Na przepis natknęłam się tutaj, zrobiłam i wyszły pyszne. W robocie banalne, składników tyle co nic, proporcje farszu jedynie lekko zmodyfikowane z racji, że i J. i ja jesteśmy niereformowalnymi serożercami. Porcja dzisiejsza wygląda następująco:
To jedynie dawka poglądowa - wyszło jakieś 9-10 sztuk

Z upływem czasu zrezygnowałam z podlizywania się i powróciłam do dobrej tradycji robienia Gluta z Mięsem od święta przeplatanego popisówkami, aktualnie w sporej już liczbie ;) Eksperymentuję już dużo rzadziej i dużo spokojniej, moja niechęć do działań około kuchennych uległa zdecydowanemu zmniejszeniu, jednak wciąż wybieram raczej potrawy samo-się-robiące ;)

A teraz moje ukochane zdjęcia ukochanych futer. Zauważyłam, że wśród obserwujących jest kilka kociar a co jest lepsze dla bloga niż zdjęcia zwierzaków? :) (porządek mniej więcej chronologiczny).

Heja miała tutaj może z 5 miesięcy (jest około roku starsza od Mony)

Mona już jako osesek pokazywała swój stosunek do świata :)


Dwa moje ukochane zdjęcia :) na górnym widać nawet rozpisany wzór podajże na Swallowtail Shawl :)

Spać można wszędzie, ale dobrze mieć się do czego przytulić :)

Było ładnie, było ślicznie, "rozmaślaniłam" wystarczającą ilość czytelników a żeby nie było nudno i przesłodzenie, oraz dla ciekawszych snów, przedstawiam diaboliczną stronę Hejki :)



Na dobranoc nie może zabraknąć Kluski
Leczymy przeziębienie domowymi środkami (taka mała a już wiedziała co dobre :P zdjęcie z pierwszego tygodnia u nas)

Ostatnio ukochana zabawa malucha - wywrócić legowisko i zrobić sobie schron

ani Imć Króla:

Mówię zatem DOBRANOC i wracam do czekania na kolejny weekend i upojne godziny z przygotowywaniem sprawozdania finansowego pod analizę w magisterce...

Witam nowych obserwatorów i zapraszam ponownie - będzie jeszcze więcej kotów, więcej Imć Króla, sporo robótek i zdecydowanie za dużo gadania :) Howgh!


UPDATE: mam motek!!! w sensie niezastąpiona M. mi go nabyła drogą kupna :) DZIĘ-KU-JE-MY!!!! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz