poniedziałek, 29 października 2012

nowości i zwykłości z kaszelkiem w tle

Stało się, rozłożyłam się. Grypopodobne paskudne coś lata mi z hukiem po głowie i pogłębia jeszcze stałe u mnie gwizdy w lewym uchu. Biega mi po kościach, zatyka zatoki, wyskakuje chrychem i powoduje kolosalny wzrost zużycia chusteczek. Koty się mnie boją a ja zapobiegawczo odganiam wszelkie, ewentualne wąpierze z daleka zalatując czosnkiem, chwilami przeplatanym z zapaszkiem przedawkowanego soku malinowego. Chóra, za chwilę nadprogramowo długi weekend, zatem musiało mnie paskudztwo dorwać. bleh.

Oczywiście chodzę do pracy, zastanawiając się czy stan terminalny byłby wystarczającym powodem do zwolnienia lekarskiego i prątkuję radośnie na prawo i lewo. Po powrocie siły mam mniej wystarczająco na klapniecie na najbliżej usytuowanym miejscu siedzącym i docierpienie do wieczora ale samo się nic nie zrobi. Dzisiaj zatem pokrzepiona wizytą w aptece oraz zakupami leczniczymi (czosnek, czosnek, cytryna, sok malinowy i czosnek) piszę, że żyję. Napiszę, wrzucę zdjęcia nowości i wrócę do dogorywania przy filmie z drutami w łapkach. Otóż, z pamiętnej włóczki Himalaya, co miała się stać sweterkiem on the beach, robię sobie otulacz około-nerkowo-naramienny. Wzór główny to wypatrzony na Ravelry Mr Bluejeans cardigan by Amy Swenson. Taki był przynajmniej plan. Gdzieś na wysokości pachy mój umysł ogarnął całość projektu i szeptem - tak, żebym za dobrze nie usłyszała - zaczął napomykać, że to nie ma sensu. Po zakończeniu serii rzędów skróconych krzyknął wreszcie głośniej a ja się za głowę złapałam - taaaa, z cieniowanej włóczki robić górę z paskami układającymi się w poziomie a dół z paskami w pionie...  zgrzytnęłam zębami i zaczęłam liczyć. wyliczyłam, policzyłam, poprawiłam trzy razy, zrobiłam dwa dodatkowe rzędy i oto robię taki sobie kardiganik z wykończeniem świetnie pokazanym przez Intensywnie Kreatywną TU. Ponieważ kardigan a nie sweterek robię, czyli dziergam w te i nazad, mam zasadniczo do zrobienia na każde 4 rzędy tylko jeden rząd oczek lewych co mnie niezmiernie satysfakcjonuje - jakoś ich nie darzę sympatią... i tak sobie robię i robię. na chwile obecna mam długość gdzieś do 1/3 pośladka wciąż bez rękawów i już widzę, że ten udzierg zje mi więcej włóczki niż pamiętne rozciągnięte niewymiarowo coś. Na szczęście zapas włóczki mam więc mogę sobie nawet lekki płaszczyk tym sposobem zmajstrować.  Oto i aktualnie dziergany sweterek, druty 4,0, włóczka Himalaya Mercan Batic.

Wszak nowy udzierg nie może się obejść bez kontroli jakości, tutaj Kluska sprawdzająca miękkość ogólną oraz Heja weryfikująca zapach.

W międzyczasie wspominałam, że dziergam sobie mitenki. To było dawno i nieprawda. Mitenki już są, już zdążyły się zmechacić ździebko, ale są i grzeją nałapnie. Wzorek: Seeded Mitts by Heidi Beukelman włóczka do kompletu z Gingko Shoulderette - Malabrigo Lace. Ponieważ z jednego motka wciąż został mi mały kawałek (niestety nie wiem ile, ale moteczek tylko odrobinę większy od włoskiego orzecha) poszłam po rozum do głowy i zachęcona padającym w sobotę śniegiem, wzięłam włóczkę podwójnie, dołączyłam  Exclusive Wnuka granatowy i zrobiłam sobie opaseczkę na uszy wzoreMosaic Headband by Kara Shallenberg. Doszyłam tylko gumkę z tyłu i sprawdza się wyśmienicie a i wzorek niesamowicie sympatyczny do robienia. Oto i one:
Zdjęć na mnie nie będzie ze względu na ogólną niewyględność, około-nosowo-czerwoność i oczno-napuchniętość... następnym razem :)

W weekend też nie próżnowałam. Tym razem powyżywałam się odrobinę maszynowo. Dokończyłam nareszcie wiszący "segregator" na drzwi łazienki. W związku z ograniczona ilością miejsc do składowania w tymże pomieszczeniu wymyśliłam sobie kieszenie do zawieszenia w jedynym miejscu gdzie da się wbić w łazience gwóźdź - na drzwi. W sobotę dokończyłam  i jak widać mam gdzie trzymać szczotkę do włosów :) Piękny to on nie jest, równy też nie, ale materia była wyjątkowo oporna i szwaczka nie za bardzo doświadczona. Rolę co miał spełniać - spełnia więc i ja zadowolona jestem :)
Piękne granatowe kieszenie zasłaniają pęknięta szybę w drzwiach łazienki i nijak nie komponują się z beżowymi kafelkami "a la prababcia" :P

Na ostatni rzucik pochwalę się wspominaną już rzezią niewiniątek. W weekend dorzuciłam trochę skórek do mojego pudła WIP. Jak widać są dwie lalki zszyte, jedna nawet ma coś co można nazwać sukienką, na dnie walają się wypchane kawałki czegoś co w zamierzeniu ma być kotkiem, a na samym wierzchu - nowe wyczyny - dwa króliki. W segregatorze jeszcze czekają wykroje na bałwanki i śpiące mikołaje, w szafce ledwo domknęłam zamówione wypełnienie, więc w końcu produkcja będzie musiała ruszyć - liczę, że nastąpi to w okolicach początku grudnia. A tymczasem składuję luźno latające kończyny oraz nowe materiały.
Rzeź niewiniątek by Ashritt, pudełko by IKEA

I ponownie Kot-Tester-Jakości - Mona

Z pozostałych kwestii - mam już określony i zaakceptowany temat pracy, plan już wymyśliłam, materiały właściwie posiadam (łącznie z unijną dyrektywą, umieszczoną na pergaminowym papierze w ponad-tysiąc-stronicowej-książce-po-angielsku, ech), czas zabrać się za pisanie... zatem ogólnie zabieram się i na tym zakończę podsumowanie statusu mojej pracy magisterskiej.

Z innych miłych elementów rzeczywistości: dziewczyny, których działalność około odzieżową i nie tylko, szczerze podziwiam zorganizowały Candy i to aż trzy na raz się aktualnie odbywają :) Do szyju szyju oraz do longredthread linki widać z boku, a i myszoptica u siebie rozdawajkę robi:
Upraszam o niezbyt tłumne przybywanie - każde candy jest inne i na każde ostrzę sobie zęby oraz składam ofiary z zabijanego czasu... ;)

Po tak długim wpisie czas na powrót do mojej wystygłej herbatki z sokiem malinowym, sweterka z pawimi oczkami oraz kolejnego filmu :)

A jak tylko cudem ozdrowieję będę planować z czego by tu sobie uszyć spódnicę według Razem Szycia Intensywnie Kreatywnej - ostatnio mojej głównej wzbudzicielki weny tfurczej :)

Pozdrawiam i apsik! Oby Was wirusy omijały, Howgh!

Oczywiście wszystkie zdjęcia i obróbka tychże by J. ;)

środa, 17 października 2012

W przerwie z podziękowaniem

Dopiero teraz mam spokojniejszą chwilę, żeby odpowiednio podziękować.

Otóż w poniedziałek zostałam znienacka wyróżniona przez Wiolettę taką oto babeczką.


Chwalę się, ponieważ jest to pierwsze wyróżnienie jakie otrzymałam i jeszcze z przemiłymi słowami od osoby, której Twórczość (duża litera i poprawność ortograficzna zamierzone) niezwykle cenię.

Tym osobom, które jeszcze nie miały okazji do Wioletty zajrzeć - polecam serdecznie. Znajdziecie tam ogromną ilość ciepła, świetne pomysły, mnóstwo zapału oraz wypracowane porady i tutoriale szyciowe :) no i boska Żorżet dla kotolubów ;)

Powinnam wymienić 5 blogów, którym przekazałabym owo wyróżnienie ale chyba nie potrafię. Blogi, na które zaglądam znajdują się na liście w bocznej szpalcie. Wszystkie uwielbiam i nie potrafiłabym wybrać tylko pięciu. Zwłaszcza, że sporo osób już tę nagrodę otrzymało, dostaje tyle wyróżnień, że nie daje rady wyliczać, jest dobrze znanych w polskiej rękodzielniczej blogosferze (wybrać właściwe).
Także postanowiłam samolubnie zachować wyróżnienie dla siebie na czas nieokreślony. Jeśli trafię na bloga, który mnie ujmie a żaden z powyższych punktów go nie dotyczy to na pewno przekażę a chwilowo pozostaję dumna i blada i się chwalę :)

Z wieści okołorobótkowych własnych:

 - Drops Lace ma kolejną szansę zostania FO, tym razem: Utsukushii Wrap. Jestem na drugim powtórzeniu fali brzegowej. Mimo wzięcia drutów 3,5 dzianina ma gigantyczne dziury, które jakoś średnio mi podchodzą, ale robię dalej mając nadzieję, że coś z tego wyjdzie. Mam chwilowo dosyć prucia tej włóczki (długi włosek alpaki zachowuje sie przy tym skandalicznie -.- acz i tak lepiej niż moher czy angora) i wiem, że jeśli ten projekt nie wyjdzie - powędruje do pudła w oczekiwaniu na lepsze czasy. Zatem dzielnie prę do przodu.
 - chwilowo nic innego nie robię, ale w ramach sceptycznego podejścia do dziurawego tworu, rozważam złapanie Malabrigo Lace i zrobienie sobie mitenek do kompletu z Gingko. Mam już pod ręką nienarzucający się wzór Seeded Mitts by Heidi Beukelman i trochę mnie on pociąga.
 - ponownie z powodu dziur wczoraj zabrałam się za wypychanie ciałek tildowych tforków, które zszyte czekały w postaci skórek. Moje pudło dla WIP-ów przestawia rzeź niewiniątek - walają się w nim luzem różne kończyny, korpusy i główki - zrobię coś z tym dopiero jak światło dzienne dopadnie mnie dnia wolnego.

To chyba na tyle na chwilę obecną z najbliższych planów w przerwach pomiędzy pracą a szykowaniem materiałów na studia. Już się cieszę na 12 godzin zajęć w ponad dwudziestostopniowy i słoneczny (według prognoz) najbliższy weekend - chura!

Kluska wariuje po całym mieszkaniu, czasami przebiegając po człowieku zwolni na sekundkę i wtuli się w pachę, kolano czy łokieć i pobiegnie dalej, jedzenie pochłania, dźwięki wydaje z siebie potępieńcze i z uporem maniaka usiłuje dostać się do klatki Króla. Góra futra zwana Moną spędza czas wylegując się po kątach lub na J. kiedy ten akurat zawędruje w pobliże kanapy. Duże moje - Hejka nie ustaje w wysiłkach wychowania Kluski na porządnego kota. Efektem są bójki przy każdej okazji, rozszarpane myszki, przesuwane meble i zagłuszane radio... Król jak to Król, ze swoją królewska dostojnością olewa wszystko, tylko czasem zaczepia z klatki o głaskanie (straszny pieszczoch się z niego zrobił).

J. na próbach, koncertach, w rozjazdach a ja? ja kręcę się w kółko w miejscu usiłując sprecyzować temat pracy i znaleźć potrzebną literaturę. Przy czym warunkami literatury idealnej są:
- istnienie w bibliotece otwartej po godzinie 18 w tygodniu bądź w weekendy,
- istnienie w wersji elektronicznej,
- w razie nie spełnienia warunków powyższych - cena nie będąca równą dwutygodniowym wydatkom na jedzenie dla całej naszej szóstki - praktycznie nierealne.

Serio - żeby koszt porządnej książki traktującej o podatku VAT przekraczał 250 złotych? A najnowsze wytyczne pracy wymagają oparcia się na co najmniej 40 źródłach... Oczywiście są publikacje internetowe, ale dostęp do nich jest często płatny a te bezpłatne potrafią sobie nawzajem przeczyć... Chwilowo zgromadziłam szereg ustaw i liczę, że przynajmniej do najbliższej premii uda mi się nimi tylko opędzić.
Drogi Święty Mikołaju, byłam w tym roku grzeczna - poproszę bibliotekę... ale taką co jest otwarta w godzinach kiedy człowiek nie siedzi w pracy przy biurku.

Tym optymistycznym akcentem kończę szybki (nie krótki) wpis, pozdrawiam serdecznie i zabieram się jednak za mitenki, bo łapiszcza mi marzną świtkiem w drodze do pracy :)

Jeszcze wrócę! Howgh!


niedziela, 14 października 2012

Zdjęcia, zdjęcia, zdjęcia

Jak obiecałam w dniu wczorajszym tak i pokazuję co mam :) W 24 godzinach od ostatniej publikacji się zmieściłam, J. obfocił co palcem pokazywałam, zdjęcia dodatkowo wyładnił, czas zatem na pokazówkę.

Najsampierw Tuba Razem Robiona - przepis Intensywnie Kreatywnej oraz mitenki - przepis mój ale ze ściągniętym z wyżej wymienionej wzorem :)






Tuba jest cudna, kolory bardzo jesienne - brąz z lekkim złotawym pobłyskiem. Zdecydowanie nie mój kolor ale nie ja mam nosić. Mam tylko nadzieję, że G. się spodoba :) Włóczka: Drops Baby Alpaka Silk, druty: 2,0. Wzór - bajka :)

Jako, że wyżej była już zajawka a wczoraj wielkie Torbo-zachwalanie, takoż i ona - Torba przez duże "T".
Jak widać Torba zmieści bez problemu format A4.

W kieszonce zewnętrznej brakuje jeszcze zapięcia na magnesik - jestem w trakcie naprawiania tego niedopatrzenia.

Kindle ma swoje mieszkanko z ociepleniem.

Uchwyty wystarczająco długie, żeby założyć na ramię i nie ściskać pod pachą, na nowo przyzwyczajam się do noszenia po jednej stronie zamiast na skos jak Kleofasa.

Zamek wszyty w lamówkę oraz kieszonka z gumką wszyta w szwy konstrukcyjne - mieści nawet napój w puszce jeśli trzeba :) Dodatkowo - jak zapowiedziałam - Torba stoi o własnych siłach.

Wnętrze kryje feerię pomarańczowych barw i kwiatki wbrew zbliżającej się zimie. Widać też kieszonkę na suwak, zgodnie z własnym życzeniem wszytą od strony ciała :)

Z drugiej strony - tej "sięgalnej" kiedy torba jest na ramieniu - trzy kieszonki na duperelki, dwie kieszonki na długopisy, szydełka lub okulary, oraz dodatkowa kieszonka na boku pod otwarciem suwaka - na telefon.


Kolory jak widać - większość z grubego jeansu, granat z wzorkiem to solidna bawełna chyba z IKEA, służyła mi przez parę ładnych lat jako zasłony. Środek - zdobyczna (sprezentowana) bawełna w odjazdowym pomarańczowym kolorze. Dostałam jej mnóstwo. Mnóstwo na długość - jakieś 5 metrów albo więcej. Szerokość za to zaplanowana chyba na bieżnik bo może z 50 cm.

A teraz zagadka - co jest nie tak na tym obrazku? :) Pilnowałam przy "składaniu" Torby, żeby wzór na uchwytach układał się poprawnie po obu stronach - gałązki mają być wiechciem do góry - jest jak było zaplanowane. Niestety przy mocowaniu kieszeni ta kwestia zdążyła mi z głowy wylecieć - dobrze, że chociaż wykazałam się daleko idącą konsekwencją i wszystkie części kieszonek zewnętrznych mają gałązki w dół :)

Oczywiście, że Torba kryje w sobie trochę błędów czy niedoróbek. Na przykład - nie mogłam opanować lamówki i ściąga mi trochę górę torby, jej podszycie od środka też nie zachwyca. Nie wiem dlaczego to bok nad kieszonką z gumką nie chce stać prosto skoro to po przeciwnej stronie jest dosztukowanie zbyt krótkiej części dna (to samo z podszewką - tez sztukowana, ale do środka Torby na szczęście nikt za często mi zaglądać nie będzie). Wszycie zamka było mordęgą, daleko mi do opanowania tej sztuki. Kieszonki wewnętrzne przeszyłam bez jakiegokolwiek wymierzania zatem długopisy mieszczą się "jak cie mogę" ale nie do końca, portfel również nie bardzo. Następny w planie w ramach uszytków przydatnych mam właśnie portfel - aktualnie w fazie projektowania - nie mogę się zdecydować na kształt.

Mimo wielu "ale" jakie mogłabym wobec Torby wysunąć, jestem w dalszym ciągu zachwycona. Poza Tildowymi maskotkami (teraz mogę się z siebie śmiać jakim problemem było przeszycie dwóch warstw cienkiej bawełny :) ) oraz tforem torbopodobnym (w tym poście) to mój pierwszy poważny uszytek. Planowałam, podglądałam cudze dokonania na tym polu, czytałam tutoriale ale mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że projekt jest mój, dopasowany do mnie i zawiera wszystko czego potrzebuję. Jeśli ktoś zauważy elementy podobne do swojego dzieła - z góry za to przepraszam, ale nie oszukujmy się - na ile różnych sposobów można uszyć zwykłą, prostokątną torbę? Zatem właśnie. Nie ukrywam - pomysły czerpałam z internetu, ale tyle ich było, że nie jestem w stanie podać źródeł. Wystarczy w Google wpisać "sewing bag" i na pewno tam gdzieś są moje inspiracje :) 

To był chyba ostatni tak piękny, kolorowy i ciepły dzień tej jesieni zatem trzeba było pogodę wykorzystać:
J. usiłował zrobić a"h"tystyczne zdjęcie, niestety dzieli ze mną życie i takie są efekty :)

Uff, weekend był zdecydowanie za krótki - nie wiem skąd dziewczyny szyjące lepiej ode mnie i więcej (czyli praktycznie każda szyjąca blogerka) mają czas na jedzenie skoro mnie Torba zajęła cały dzień i to dzień kiedy zapowiedziałam w domu, że "jestem ale tylko ciałem i proszę mi gitary nie zawracać".  Ale może się jeszcze wyrobię :)

Z innych wieści z frontu robótkowego - Dedw Drops Shawl poszedł się pruć. Kilka godzin główkowania nie wykryło źródła nadprogramowych oczek ani nie ujawniło ukrytego pomysłu naprawy tegoż. Drops Lace ponownie figuruje w moich zbiorach w postaci zgrabnego kłębuszka nie przyczepionego do żadnych drutów.
Wyciągnęłam już ze swojej opasłej biblioteki wzorów kolejne dwa wzory dla tej włóczki i zobaczymy - może w końcu zmieni status z WIP (Work In Progress) na FO :)
W planach ogólnych ciągle siedzi sukienka z czarnej Alize Merino Stretch ale w pierwszej kolejności należałoby zamówić materiały :) Poza tym mitenki dla mnie do Gingko z Malabrigo Lace oraz pomysły okołoświąteczne. Z szyciowych planów - jak wspomniałam jestem w trakcie projektowania portfela, przydałby się też pokrowiec na notatnik na studia - oba oczywiście pasujące materiałami do Torby :) oraz jakiś sympatyczny pokrowiec na Kindle dla J. - pomysłem używania istniejącego, prostego pokrowca w kwiatki zasłużyłam na SPOJRZENIE :P Pokrowiec wszak musi być męski - epatować surową męską siłom i potęgom :P Coś czuję, że będzie wesoło, bo w szufladzie z materiałami aktualni srebrna i fioletowa satyna oraz duża ilość bijących po oczach kwiatków i jaskrawości :D

To na tyle na dzisiaj. Za tydzień weekend zjazdowy, może coś w międzyczasie pokażę ale obawiam się, że ten tydzień będą mnie zajmować raczej kwestie około finansowo-podatkowe związane z toną materiałów do pracy magisterskiej zdobytych w dniu dzisiejszym.

Pozdrawiam zatem serdecznie, życzę jak najspokojnieszego wejścia w nowy tydzień pracy, mimo dnia na P na samym początku. Życzę zdrówka wbrew chłodom na dworze oraz humoru, żeby przeżyć tę, niezbyt ładną  a nadchodzącą, część jesieni.

Jeszcze tu wrócę! Howgh!

PS: poprawki od Bloggera:
 - Kindle - Kundle, Kindzle, Kinole
 - szyciowych - szyci owych
 - tutoriale - tuto riale (że co proszę? O_O )
 - pomarańczowym - pomarańczo wym (że co?!!!)

sobota, 13 października 2012

Cuda niewidy

No cuda niewidy!!! co robiłam przez ostatni tydzień?

 - dokańczałam Tubę  (dzięki M. dostał mi się brakujący motek :* cmok Maleńka ) - stan aktualny 3 ostatnie rzędy przede mną
 - skończyłam mitenki - komplet do Tuby
 - planowałam działalność około maszynową. A tutaj sporo się działo :)

Dzisiejszy dzień zaowocował powstaniem Torby. Należy jej się ta duża litera. Pół tygodnia przeglądałam internety w poszukiwaniu torby idealnej i nie znalazłam, zatem poświęciłam trochę czasu i wymyśliłam "Plan torby idealnej dla A. (mnie)".
Otóż torba taka powinna:
 - być robiona ręcznie - maszynowo oczywiście, w każdym razie rękodzieło. Przerobiłam już sporo torebek, najdłużej w życiu towarzyszyła mi torba na laptopa z IKEA (ta kiedyś sprzedawana - czarna, wielka, z dopinanymi na rzep kieszeniami, teraz już takich nie robią...wzdech),
Potem zakochałam się w kilku torebkach ręcznie robionych. Mam 3 sztuki kupione na Alledrogo - ot bombki, dwie z kordury - w miarę zwykłe, i jedną z materiału z podszewką. Materiał jest boski plus turkusowa kokardka :) . Jednak wielkość (małe raczej) i długość uchwytów (no ni dudu nie mogę założyć nawet na płaszcz jesienny a co dopiero zimowy) - nie są doskonałe. No i w środku mają tylko jedną kieszonkę i miejsca jak na lekarstwo - takie małe, bez pudełka.
Jakiś rok temu zobaczyłam co robi Ifona. I tym sposobem Kleofas i fioletowa fala jest mój :) Kocham tę torbę. 
Zdjęcie ze strony Ifony

Mieści wszystko czego potrzebuję do pracy, nawet buty na zmianę, śniadanie, dwa telefony, Kindle'a, wielki portfel i kilkanaście innych rzeczy (każda kobieta wie co można nosić w torebce). Ale (no zawsze jest jakieś "ale" ) wróciłam na studia i torba przestała mi wystarczać. Bo a to śniadanie, a do wielki notatnik czy kalendarz, plus 4 długopisy, plus standardowo dwa telefony, plus kalkulator, plus jakiś energy drink, plus jakiś cukierek, serek, cokolwiek. I niestety w torbie z dwóch prostokątów bez szerszego dna i szerszego wejścia, już nic nie można znaleźć. A jak człowiek jeszcze przykryje to chustą czy mitenkami to zapomnij o wyciągnięciu czegokolwiek. Zatem Torba Idealna powinna jeszcze
 - mieć szersze dno,
 - mieć uszy - albo jedno umożliwiające założenie jej na skos albo dwoje, żeby założyć na ramię, ale nie takich żeby czuć jak suwak wbija się w pachę,
 - mieścić notatnik A4 w poziomie (a nie tylko w pionie jak Kleofas),
 - mieć dedykowaną kieszeń na telefon (wychodzę z domu/z pracy to mam słuchawki na uszach a torbę wypadałoby zapiąć),
 - mieć kieszeń wystarczająco dużą, żeby pomieścić Kindle'a (och, nie lubię nosić go luzem, mam na tym punkcie obsesję, a zrobiony na drutach pokrowiec trochę się nie nadaje do szybkiego chowania przy wychodzeniu z tramwaju),
 - mieć jakąś łatwo dostępną kieszonkę na pierdółki typu paczka chusteczek, karta wejściowa do pracy, bilet jednorazowy kiedy miesięczny się skończy przed pensją,
 - mieć "normalne" (jak dla mnie) ułożenie kieszonek otwartych w środku (typu na długopis etc). Jestem praworęczna, torbę noszę po prawej stronie i nie mogę się przyzwyczaić, że jak ją otwieram to widzę zasuwaną kieszeń tam gdzie powinny być długopisy...
 - być na tyle sztywna, żeby stać samodzielnie. Torba ma stać. Sama, nie być opierana non stop, zawieszana na oparciu - no ma stać i już.

Przypominam, że mówię o Torbie - wielofunkcyjnym narzędziu do użytku codziennego - do pracy, na studia, na zakupy. Na imprezy, do opery i na ślub można wziąć coś co mianuje się torbą a jest wielkości portfela - posiadam takich kilka - mają swoje niezaprzeczalne zalety. Jednak na co dzień potrzebuję czegoś potężnego, majestatycznego, pojemnego, dającego mi możliwość przeżycia tygodnia na pustyni i... chyba się zagalopowałam. Ogólnie potrzebuję Torby.

W każdym razie myślałam, oglądałam, rysowałam, liczyłam i powstał plan. Plan mieści się na 4 kartkach A4 i opisuje wymiary, potrzeby w zakresie fizeliny, ocieplenia oraz suwaków (poza oczywistymi materiałami) oraz kolejność działania (ja chyba jestem uzależniona od takich opisów i opisików...-.- )
Plan został wykonany w dniu dzisiejszym. Nie mogąc powstrzymać się od zabrania za szycie, wstałam o 8mej rano i zrobiłam wykrój. Potem poszły wycinanki, prasowanki, wyklejanki, przyszpilanki, zaszywanki. Jakimś sposobem minął cały dzień. Jak zaczęłam o 8:30 tak skończyłam o 18. Torba posiada już całe zewnętrze z kieszonkami i uszami, całe wewnętrze z kieszonkami i suwakiem, brakuje jedynie połączenia tychże obu. Niestety godzina osiemnasta to kres moich możliwości szwalniczych z racji posiadania jednego żyrandola na półtora pokoju, w dodatku to żyrandola starego, z matowym szkłem i energooszczędnymi żarówkami. Nawet lampa stojąca i świecąca prosto w maszynę nie pomaga. Zdjęć dzisiaj zatem również nie będzie - ilość światła w naszym mieszkaniu przywodzi na myśl zmrok, kiedy już słońca nie widać i należy rozpalić ognisko. Będą jutro, ale dzisiaj mała zapowiedź.

Torba posiada
 - dno - 10 centymetrów dna, mieszczącego spokojnie gruby segregator wypełniony papierami,
 - dwoje uszu na jedno ramię, odrobineczkę za długich, ale skrócenie to betka,
 - no mieści A4, jak wyżej napisałam nawet cały segregator,
 - w środku na boku ma kieszonkę wpuszczoną po bokach w szwy, specjalnie na telefon. Suwak kończyć się będzie dosłownie 5 mm przed końcem wejścia więc słuchawki swobodnie będą dyndać,
 - na zewnątrz, na boku oglądającym świat, ma kieszeń rozmiarów Kindle'a, dodatkowo wyłożoną ociepleniem, żeby Kundelkowi było miękko i ciepło nadchodzącej zimy :) i ta kieszeń ma patkę!!! i tam będzie zapięcie na magnesik!!! (niestety to przyszywane, w pasmanterii pod bokiem nie mieli innych, ale w sumie - jak mi się jednak nie spodoba to odpruję, patka przykrywa co ma przykrywać i wystarczy),
 - z boku na zewnątrz ma kieszonkę wpuszczoną w szwy, raczej przestrzenną, z gumką na górze. I już przełożenie kluczy z głębin Torby w czasie zakupów nie jest mi straszne,
 - kieszenie otwarte są od strony ręki, suwaczkowa kieszeń od strony ciała. Niestety przeliczyłam się z rozmiarami długopisów, ale sądzę, że materiał raczej się leciutko rozciągnie i moje pisaki kiedyś spokojnie wejdą do dedykowanych kieszonek,
 - zewnętrzna część jest z ociepleniem, podszewka jest oklejona fizeliną. Myślałam o użyciu sztywnika, ale mam raczej złe doświadczenia z wywracaniem oklejonej camelą torby na drugą stronę, wolałam nie ryzykować. No i ocieplenie jest jakieś 3 razy tańsze niż sztywnik krawiecki, milsze, torba jest odpowiednio sztywna, zachowuje kształt ale jest jakoś cieplejsza i miększa w odbiorze,
 - dodatkowo ma od razu podwójnie szyte kieszenie - ze złożonego materiału. I już nie będą mnie denerwowały wielkie klucze zaczepiające o "mankiet" kieszonki.

Jestem ZA-CHWY-CO-NA. Pozostało mi na jutro przygotowanie suwaka głównego i wszycie go wedle wszelkich kanonów między podszewkę a materiał zewnętrzny. Mam jeszcze przygotowany materiał na lamówkę, ale jakoś nie jestem przekonana. Może się oczywiście okazać, że będzie konieczna zatem materiał  jest gotowy, musiałabym tylko go zaprasować odpowiednio.


A co do prasowania. Jako, że ocieplacz w porównaniu ze sztywnikiem, jest skandalicznie tani, a ja ostrzę sobie zęby na tę torebkę - no jestem na nią chora po prostu - kupiłam go 2 metry. A że dalej jest tak samo "tani" (przynajmniej ja tak sądzę, patrząc po cenach w pobliskim sklepie przemnożonych przez te 300 metrów jaki mam do niego) a nasza deska do prasowania była skandalicznie paskudna i koszmarna i błe, namówiłam J. żeby coś z tym fantem zrobić. J. znalazł odpowiednie narzędzia, wyciął ocieplenie i obił na nowo deskę (która pierwotnie składała się z koszmarnie zadziornej płyty paździerzowej oraz kawałka porwanego materiału) - czyli ogólnie odbębnił cała upierdliwą część - ja to mam dobrze ;) . Ja na szybko po godzinie 18 skleciłam pokrowiec z kawałka starego obrusa i gumki i mogę nareszcie cieszyć się prasowaniem (to nieprawda - prasowania nienawidzę straszliwie, moje koszule do pracy grzecznie i układnie schną na wieszakach do założenia rano a ja drobne zagniecenia mam głęboko i szeroko, aczkolwiek przy szyciu na maszynie prasowanie jest konieczne - abu).


Taką miałam pracowitą sobotę. Zdjęcia zaplanowane są na jutro, zatem spodziewajcie się wizualnych dowodów mojej działalności za jakieś 24 godziny :) Plener jest w planie :) IK - wyślę zdjęcia gotowej Tuby oraz mitenek jak obiecałam :)

PS: krojenie materiałów na podłodze przy młodym kocie - koszmar, krojenie ocieplacza na podłodze przy młodym kocie - zapomnij, umrzyj, nawet nie waż się o tym marzyć... :)

Witam nowych obserwatorów, zapraszam do kom"ę"towania i pozdrawiam serdecznie :)

PS 2: Rozważam zrobienie małej instrukcji zrobienia takiej torby - jak zrobić a się nie narobić. Czyli - wszywanie większości kieszeni w szwy konstrukcyjne, które i tak musisz zrobić, jak wyliczyć ile "dna" potrzebujesz (wbrew pozorom, co udowodniłam - to wcale nie jest takie oczywiste), jak dosztukować brakujący kawałek oraz jak mocno nie zauważać lekkiej krzywości :) co Wy na to?

PS 3: Łucznik uciągnął nawet sześć warstw grubego materiału z IKEA (tego dawnego, jakieś 6 lat w moich zapasach) plus fizeliny plus ocieplacza dwie czy 3 warstwy - jestem dumna z niego, dumna z siebie (że nie padłam z przerażenia, że zepsuję) i szaleńczo zakochana w tej maszynie... K., ja Ci jej nie oddam póki sama się nie zgłosisz!! pamiętaj! :) no i nie udało mi się dzisiaj złamać żadnej igły, jedynie pogięłam parę tuzinów szpilek :) 

Pozdrawiam

poniedziałek, 8 października 2012

It's alive!!!

Daję niniejszym znaki dymne i inne, że jestem i żyję i jeszcze mam chwilę czasu i coś robię :)

Ten weekend miałam dosyć zawalony zajęciami tak dalekimi od robótkowania, że bardziej się chyba nie dało - studia mnie pochłonęły i wypluły dosyć wyplutą w niedzielny wieczór. Temat magisterki wybrany, materiały do części analitycznej zgarnę w nadchodzący weekend, potem zostaje już tylko napisać kilkadziesiąt stron i przeżyć do egzaminu - niby takie nic. Niech ja się tylko wyleczę do zakończenia tych studiów z najnowszego pomysłu - zrobienia doktoratu. Przez te parę lat studiów i parę lat pracy w okolicach  Działów finansowych w różnych firmach zdążyłam się wyleczyć z miłości do tego kierunku. Na pewno znalazłabym niszę, w której dobrze bym się czuła i mogła dalej rozwijać - ale właściwie po co? Po to, żeby być dalej niedocenianym szarym pracownikiem korporacji, czy mieć problem z jakimkolwiek przekwalifikowaniem się, bo kto chciałby mieć podwładnego z wyższym stopniem naukowym niż on? Inna sprawa, że korporacji mam już serdecznie dość. 
Ale pomysł się narodził a że sam sobie nie pójdzie ot tak, muszę go gruntownie przemyśleć i podjąć dobrą i uzasadnioną decyzję. Zawsze mogłabym zająć się zawodowo gnębieniem studentów - każdy kto miał ze mną zajęcia bądź pomagałam mu w nauce poświadczy, że kawał ze mnie Maupy ale co trzeba umieć to umie (już słyszę jak M., czytając to, rechocze). Ale póki co mam do napisania magisterkę a i do tego jeszcze kawałek :)

Zatem z frontu robótkowego:


Tuba Razem Robiona plus mitenki - robiłam Tubę, robiłam, zachwycona jak szybko przyrasta i jaki Drops Baby Alpaka Silk jest wydajny. Policzyłam i wyszło mi, że mam idealną ilość na komin i mitenki. Zatem aby wykorzystać włóczkę do ostatniego centymetra, złapałam drugie druty i rozpoczęłam nałapniki własnego pomysłu. Niestety gdzieś w międzyczasie odrobinę się przeliczyłam, albo to mitenki takie włóczkożerne wyszły. W każdym razie wygląda to tak - jakieś 3/4 komina zrobione, mitenek też 3/4 a włóczki zostało tyle ile na zdjęciu. Dokończę mitenki a na komin potrzebuję jeszcze jednego kłębka. I to w sytuacji kiedy nie bardzo mogę sobie pozwolić na większe zakupy, jednego motka nie opłaca mi się zamawiać przez internet, amiqs przeniósł właśnie swój showroom z okolic mojej pracy w okolice dla mnie nieosiągalne w godzinach otwarcia a innych stacjonarnych źródeł tej włóczki brak :( No tragedia... Czekam na potwierdzenie od amiqsa, że jednak w tę sobotę będą otwarci, to ruszę wymęczony zadek i będę mogła dokończyć projekt - czas najwyższy, chłody nadeszły, jak słyszałam G. się zaziębiła, więc taki komplecik byłby bardzo na czasie i miejscu... a tu taki zonk. Wyliczanie ilości potrzebnych materiałów nie jest niestety moja mocną stroną :/
Motek wyrabiany z obu stron - dwie mitenki na raz, więc wielkość kłębka nie świadczy o ilości włóczki - w środku jest pusto...

Drops Baby Alpaka Silk, druty 2,0 (ostatnio chyba wszystko trafia na ten rozmiar więc robótki się wloką...)


Poza tym za dużo to nie zrobiłam niestety. Narzekam wiem, ale brak światła słonecznego w czasie wolnym trochę mnie wymęczył. W wolnych chwilach nawiedzam blogi robótkowe i ręce mnie świerzbią do maszyny i nienapoczętej sterty nowych materiałów, a czasu i siły wystarcza mi jedynie na łapanie za druty w pozycji klapniętej na krześle.
Jednak coś tam chwilami udaje mi się zrobić W niedzielę naprawiłam J. przetarte spodnie oraz wykończyłam główną część wiszącego organizera na drzwi łazienki. Muszę mu jeszcze poprawić podklejenie sztywnikiem oraz doszyć kieszenie :) Będzie gruby, pojemny i przepięknie granatowy (co nijak mi się nie komponuje z pobabciowym wystrojem łazienki, ale ja się tym niespecjalnie przejmuję).

Poza tym pastwię się nad J. kulinarnie. Udało mi się zrobić pyszne spaghetti  coś co przy dobrych wiatrach mogło uchodzić za zapiekankę (ze słoika) i było przesolone oraz gwiazdę dzisiejszego wieczoru - chaczapuri.

Z chaczapuri wiąże się śmieszna historyjka (skoro nie mam do pokazania żadnych podbojów na scenie robótkowej ). Za naszych (J. i moich) początków, kiedy jeszcze chciało mi się zaprezentować z jak najlepszej strony (oczywiście lewy półprofil :P) - załączył mi się tryb - pogotujmy trochę. Normalnie niekoniecznie przepadałam za czasem spędzanym w kuchni, miałam może ze 3 popisowe potrawy zwalające z nóg, celowałam w gotowaniu czegoś co określałam mianem "glut z mięsem" a mnie samej nie przeszkadzało żywienie się kawą, papierosami i tostami z solą ziołową. 
I to właśnie ja, w swoim cudownym zaćmieniu, zdecydowałam się poszperać na blogach kulinarnych i powalić J. na kolana nową ciekawą potrawą. W okolicach  połowy lutego wybór mój padł na bułeczki czosnkowe (nie ten konkretny przepis ale bardzo podobny). Wyrób pieczywopodobny z opisu banalny, zachwalany przez komentujących etc. W moim wykonaniu jednakowoż zamienił się w Armatnie Bułeczki Krasnoludów a w dodatku, kiedy już komuś udało się przełknąć chociaż kęs, osiadał na żołądku kamieniem węgielnym. Jak to moja M. podsumowała "tylko Ty mogłaś zrobić bułeczki czosnkowe w Tłusty Czwartek" - mój wojenny wypiek wypadł właśnie tego dnia. Wykonałam chyba 10 sztuk bojowych bułeczek, jedną zmęczyłam sama, rodzinę zmusiłam do zagospodarowaniu jeszcze kilku (to by tłumaczyło rozbity wazon :P ) a pozostałe trzy sztuki w podskokach zaniosłam, ówcześnie pracującemu niedaleko mojego mieszkania, J. Przyjął z zachwytem, z większym zachwytem powąchał, z racji zimna schował do plecaka i pojechał do domu święcie przeświadczony o swoim szczęściu w miłości. Jakieś dwa miesiące później wyciągnęłam z jego plecaka zawiniętą w papier zeschłą bułeczkę, o ciężarze właściwym około kilograma, ale słowem nie skomentował. To był dla mnie znak - musi mnie kochać :D

Ale wracając do chaczapuri - to była moja odskocznia od fatalnego w skutkach wypieku o właściwościach bojowych :) Czy muszę wspominać, że J. już nie rozpływał się już tak w pochwałach przed spróbowaniem dania? :)
Na przepis natknęłam się tutaj, zrobiłam i wyszły pyszne. W robocie banalne, składników tyle co nic, proporcje farszu jedynie lekko zmodyfikowane z racji, że i J. i ja jesteśmy niereformowalnymi serożercami. Porcja dzisiejsza wygląda następująco:
To jedynie dawka poglądowa - wyszło jakieś 9-10 sztuk

Z upływem czasu zrezygnowałam z podlizywania się i powróciłam do dobrej tradycji robienia Gluta z Mięsem od święta przeplatanego popisówkami, aktualnie w sporej już liczbie ;) Eksperymentuję już dużo rzadziej i dużo spokojniej, moja niechęć do działań około kuchennych uległa zdecydowanemu zmniejszeniu, jednak wciąż wybieram raczej potrawy samo-się-robiące ;)

A teraz moje ukochane zdjęcia ukochanych futer. Zauważyłam, że wśród obserwujących jest kilka kociar a co jest lepsze dla bloga niż zdjęcia zwierzaków? :) (porządek mniej więcej chronologiczny).

Heja miała tutaj może z 5 miesięcy (jest około roku starsza od Mony)

Mona już jako osesek pokazywała swój stosunek do świata :)


Dwa moje ukochane zdjęcia :) na górnym widać nawet rozpisany wzór podajże na Swallowtail Shawl :)

Spać można wszędzie, ale dobrze mieć się do czego przytulić :)

Było ładnie, było ślicznie, "rozmaślaniłam" wystarczającą ilość czytelników a żeby nie było nudno i przesłodzenie, oraz dla ciekawszych snów, przedstawiam diaboliczną stronę Hejki :)



Na dobranoc nie może zabraknąć Kluski
Leczymy przeziębienie domowymi środkami (taka mała a już wiedziała co dobre :P zdjęcie z pierwszego tygodnia u nas)

Ostatnio ukochana zabawa malucha - wywrócić legowisko i zrobić sobie schron

ani Imć Króla:

Mówię zatem DOBRANOC i wracam do czekania na kolejny weekend i upojne godziny z przygotowywaniem sprawozdania finansowego pod analizę w magisterce...

Witam nowych obserwatorów i zapraszam ponownie - będzie jeszcze więcej kotów, więcej Imć Króla, sporo robótek i zdecydowanie za dużo gadania :) Howgh!


UPDATE: mam motek!!! w sensie niezastąpiona M. mi go nabyła drogą kupna :) DZIĘ-KU-JE-MY!!!!