poniedziałek, 17 września 2012

Jak nie urok...

...to ...inne przypadłości...
Znowu zamilkłam... Tym razem z szeroko pojętych przyczyn zdrowotnych. Najpierw mój wirus, w trakcie przechodzenia którego weszło w nasze życie Młode (wciąż pod roboczym imieniem, tym razem - Smarkatka). Następnie Młode zaczęło przejawiać oznaki przeziębienia i do dzisiaj za pomocą leków wspomagających odporność oraz flaszki z gorącą wodą jako termofora, usiłujemy zwalczyć gila do pasa. A Małe przytula się, dokazuje i obżera do wypęku ciągle posmarkując i kichając. 
Do tego dzisiaj zamilkło nam kolejne kocię, tym razem o dziwo to bardziej owłosione. Od piątku okna mamy pozamykane ze względu na Młodą a to starsza nagle, ni z tego ni z owego dzisiaj zamilkła i przedstawia sobą raczej żałosny obrazek usiłując wydać odrobinę dźwięku... Witaj kolejna wizyto u weterynarza... na szczęście poza dźwiękową niemocą, żadnych innych objawów nie stwierdzono, zatem jesteśmy dobrej myśli.

Z drutów zszedł sweterek on the beach, w najbliższym czasie zrobię zdjęcie, bo właśnie dosycha, ale już widzę, że idzie do sprucia. Kompletnie nie trafiłam w rozmiar i w dodatku widzę nierówno robione oczka przy części górnej, robionej na płasko (no najwyraźniej słabo mi wychodzi robienie oczek lewych na "złej" stronie dzianiny). Ale przynajmniej będę dokładnie wiedziała ile włóczki na sweterek potrzeba. Aczkolwiek punkt z planu wrześniowego odhaczony.

Zaczęłam robić tez zaplanowane dla M. rękawiczki. M wybrała sobie nowy wzór pochodzący od Intensywnie Kreatywnej - Razem-wiczki, jestem przy chowaniu lewych oczek przed palcami rękawiczki numer jeden i muszę powiedzieć, że nowe znalezisko (akryl Himalaya, który się nie mechaci według zapewnień producenta) sprawuje się świetnie. Na razie mimo nie noszenia rękawiczek mogę stwierdzić, że włóczka przemiła w dotyku, robi się z niej świetnie i owszem, jak to akryl, przy robieniu wypuszcza pyłki i małe kępki z siebie, ale poza tym na samej dzianinie nie widać ubytków, kępki odfruwają sobie luzem i nie trzeba ich wyciągać czy wycinać. Jak się sprawdzi w noszeniu - czas pokaże.

Do końca września zostały niecałe dwa tygodnie a lista wygląda następująco:

  • zapomniany w szufladzie Minion szydełkowy - bez zmian
  • aktualnie dziergane Dew Drops Shawl - druga część borderu, utknęłam na jakimś czwartym rzędzie, bo coś mi się poryćkało z ilością oczek...
  • sweterek On the Beach - zrobiony, do sprucia
  • komin i mitenki dla koleżanki - wzór na komin wybrany, mitenki będę kombinować z wzorem komina, żeby pasowały
  • rękawiczki - przeróbka Sourwood Mountain by Erica Jackofsky - plan zmieniony na Razem-wiczki, jedna prawie gotowa.
  • sukienka dla lalki - bez zmian
  • wypchanie, zszycie, odzianie pozostałych dwóch zabawek Tildy - bez zmian
  • wyprodukowanie 4 projektów tildowych z kartki inspiracyjnej - bez zmian
  • torba - zakończona, do drobnych poprawek
  • pierwsza próba spódnicowa - próba pierwsza z byle jakiego materiału, nawet nie podklejonego i bez podszewki, byleby sprawdzić rozmiar - prawie zszyta
  • obfotografować za pomocą J. wszystkie zaległości, a jest ich parę - bez zmian.
Wniosek: jestem w lesie... trzeba przysiąść fałdów i fałdków i pozakańczać projekty, zwłaszcza, że dużymi krokami nadchodzi październik i kolejny rok akademicki, już ostatni. A poza co-drugo-weekendową szkołą, mieszkanie samo się nie ogarnie, koty same o siebie nie zadbają, zakupy i posiłki same się nie zrobią i do pracy normalnie trzeba biegać, zatem w wolne weekendy zapewne będę dogorywać i odsypiać zaległości. A jeszcze w tym roku do napisania praca na ostatni w mojej karierze stopień pseudo "naukowy" -więcej mi nie trzeba, mam niewielkie ambicje. Patrzę na ten "plan" na najbliższe 10-11 miesięcy i za głowę się łapię... a potem łapię się raz jeszcze i myślę, że są przecież kobiety, które ogarniać muszą to wszystko same, bez faceta albo dodatkowo z dzieckiem lub dziećmi w liczbie mnogiej, albo w obu sytuacjach na raz a wtedy... bez urazy - robi mi się troszkę lżej na myśl, że jeszcze nie mam aż tak ciężko. 

Spinam się zatem i zakańczam dzisiaj rękawiczkę numer jeden trzymając na kolanach małego smarkatka, głaszcząc jedną ręką oniemiałą Monę, drugą wypychając korpusiki zabawek, w międzyczasie usiłując ustalić grafik zajęć na najbliższe 5 miesięcy. Potem przeżegnam się własną nogą, podleję nie dającą się zamordować bazylię i padnę bez życia na łóżko bo do budzika do pracy zostanie tylko kilka godzin. Jeśli ktoś posiada parę godzin nadprogramowego czasu, to chętnie przyjmę, albo chociaż zamienię na swoje ostatnie 5 lat życia, bo po co ma się teraz marnować :)

Pozdrawiam

3 komentarze:

  1. Plan był ambitny (rzekłabym: nadambitny) od wstępu, więc się chyba nie musisz przejmować tym, żeby go w 100% zrealizować. Zrealizowałaś w końcu punkty, których na liście nie było (Młode, w dodatku zasmarkane), w dodatku żywe punkty, zatem ważniejsze. No właśnie, może by pozycje na takich listach (ja też, niestety, takie robię, i tylko mnie frustrują, bo nigdy nie jestem w stanie zrealizować)opatrywać liczbą punktów i ustalać: we wrześniu 50 z planowanych 200 punktów, a w razie nagłych sytuacji podmianka, wtedy za Smarkatkę mogłabyś sobie spokojnie 25 pkt. doliczyć, frustracja mniejsza, koty szczęśliwsze, Ty też! Chyba zastosuję u siebie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Plan rewelacyjny, ale czy można doliczyć sobie tez punkty za przygotowanie adekwatnej punktacji? ;)
      Frustrować to się nie frustruję, a przynajmniej nie za bardzo. Jak hobby zaczyna przysparzać więcej nerwów niż przyjemności to należy od niego odpocząć :) ja deadline'ów potrzebuję, żeby mi się czas wolny w palcach nie rozłaził - i wciąż mam nadzieję, że chociaż z większości się wywiążę :)
      Byleby te moje futra przestały chorować...uff
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Doliczyć, jasne, że doliczyć, a co? Czas trzeba na to poświęcić! A doba ma tylko 24 h i więcej mieć nie chce.
      Ja też marzę o końcu sezonu infekcyjnego u ludzi i zwierząt!

      Usuń