wtorek, 24 lipca 2012

Start

W życiu każdego Tfurcy nadchodzi taki moment kiedy chciałoby się pokazać swoje prace szerszej publiczności - nie inaczej stało się w moim wypadku. 
Powiedziane zostało słowo i powstał blog.

Przez całe swoje życie coś robiłam, czy były to kolorowanki, czy origami, czy próby rysunkowe za czasów szkolnych. czy próby muzyczne w czasach licealnych, jakieś szycie, jakieś makramy. Później nadeszła era komputerów i ciągłe grzebanie w sprzęcie, jakieś pacynki z masy papierowej z zestawem ubranek dla siostrzeńców, jakieś próby maskotkowe, pierwsze szaliki na drutach ze starej włóczki akrylowej przypominającej gładkością papier ścierny, jakieś szydełko, jakaś torba. Potem na chwilę ucichło. 

Jakieś 5 lat temu znowu odezwał się syndrom niespokojnych rąk i zaczęłam robić biżuterię - koraliki, druciki, owijanie, próby zarobienia na nowe elementy po to tylko, żeby robić i tworzyć nowe cuda. Biżuteria poszła w odstawkę ze względu na rosnące wymagania "sprzętowe" :) Samo wywijanie drutu i nakładanie koralików przestało wystarczać a tyle osób robiło lepiej, piękniej, zgrabniej i zdecydowałam, że oto kres moich możliwości w tej dziedzinie nadszedł.

Wtedy narodziła się myśl, a myśl kazała przegrzebać zakamarki matczynej szafy i odnaleźć przepiękną turkusową, akrylową włóczkę, jeszcze z "biednych czasów" (wciąż mam pozostałości maleńkich moteczków i wciąż się nią zachwycam), stare powyginane druty i spróbować zrobić coś "użytkowego i ładnego". Zasiadłam do komputera w poszukiwaniu wzorów i oniemiałam. To co kiedyś dostępne było jedynie w formie czarno białych fotografii, skomplikowanych opisów i nieczytelnych instrukcji jest na wyciągnięcie ręki w ilości mogącej zająć życie wszystkich dziergaczek małego państwa. Oniemiałam i tak już zostałam. Ręka kierowała myszką bez użycia mózgu - kolejny blog, kolejny wzór, kolejne zdjęcia i Ravelry... tutaj się zatrzymałam, zarzuciłam kotwicę i zaczęłam robić. Nie, nie robić...ROBIĆ.

Szale, mitenki, opaski, serwetki spływały z moich rąk jak nawiedzone, kiesa płakała kiedy wydawałam kolejną małą fortunę na nowe włóczki, nowe lepsze druty a ja płakałam kiedy godzina druga w nocy kazała odłożyć robótkę i wyganiała do łóżka. I tak mi zostało. Poza codzienną pracą i obowiązkami domowymi, każdą wolną chwilę wypełniają mi druty lub szydełko. Większość moich Wytforuf wywędrowała w ramach prezentów do bliższej bądź dalszej rodziny bez najmniejszych dowodów zdjęciowych, ale czas nadszedł - warunki są, miejsce na składowanie jest, aparat i Nadworny Fotomistrz obecni - czas coś z tym zrobić.

Zatem jestem - oto ja, oto Tfory moich rąk, w kolejności niekoniecznie chronologicznej :)

3 komentarze:

  1. Zupełnie jak ja :))
    Z tym, że bardziej szycie mi się przypomniało i bez maszyny, choćby wstawionej w kąt przez tydzień, nie potrafiłabym już funkcjonować, ale dzięki Kreatywnej i druty zaczęły w szafie dzwonić, że one też chcą... no i tak dłubię raz jedno, a raz drugie :))
    Dziękuję, że do mnie zajrzałaś i życzę powodzenia w blogowaniu. Podoba mi się tutaj u Ciebie, więc pozwól, że i ja dołączę :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A witam, witam :) zapraszam serdecznie, cieszę się, że zajrzałaś :)

      W międzyczasie dorwałam się i ja do maszyny i coś tam sobie pętlę powolutku, zatem z pewnością będę paskudnie czerpać inspirację z Twojego bloga :)

      Pozdrawiam

      Usuń