poniedziałek, 24 marca 2014

Ujawniamy co nieco!

Nie zniknęłam na zbyt długo tym razem ;) 

Wena dokucza lenistwem, ale coś się wciąż dzieje. Zamiast robić na drutach kolejne serwety czy mitenki albo szale, chwilowo przerzuciłam się na haft krzyżykowy i spodobała mi się ta zabawa ;) zdjęć chwilowo brak - czas jakoś się nie trafia równocześnie ze słońcem i chęcią do robienia zdjęć :P ale nadrobię... kiedyś... być może... :P

W międzyczasie jako jedna z 3 osób złapałam okrągły licznik u Wioli. Gratuluję pozostałym zwyciężczyniom ;) wiem jak mnie się ze zdenerwowania i niecierpliwości trzęsły ręce, kiedy celowałam w te 100 000 ^^ najbardziej cieszę się, że złapałam - kawałek farta był mi potrzebny wobec wszechobecnej szarugi ostatnimi czasy ;)

Tymczasem pracuję intensywnie nad 15 rzeczami na raz, z których nie wszystko mogę jeszcze ujawnić, opowiedzieć, pokazać. Uchylę jednakowoż rąbka tajemnicy. 
Otóż z okazji pięknego minionego weekendu, razem z J. wybraliśmy się do ZOO (zobaczać leniwce i nie tylko, ale głównie leniwce) oraz do naszej kochanej Wilgi z wizytą. Pogodę mieliśmy absolutnie przepiekną, tak piękną, że na zdjęcia udziergów znowu weny nie starczyło :P ale za to widoki zza drzew były nietypowe:

Zza drzewa wystaję ja a dokładnie kawałek mnie i prawie cała dodatkowa persona

Jak już J. na swoim blogu poinformował, czas jakiś temu "zmuszeni" zostaliśmy do nabycia drogą kupna upgrade'u do naszego jeździdełka. Chwilowo zajmowany przez koty, docelowo trafi na tylną kanapę. Zakupiliśmy prestiżowy, multiinterfejsowy, wymiotoodporny (chciałabym) fotelik dla Potomka. Fotelik wejdzie do stałego użycia jakoś na początku sierpnia ;) 

A razem z nim cała fura dzieciorzeczy, za które przez kolejne lata bedziemy dziękować dobrym duszom, oraz troszkę drobiazgów co sama przygotowałam, szykuję teraz albo jeszcze mam w planie ;) Zdjęć również chwilowo brak :P

Uprzedzając pytania ewentualne - czuję się rewelacyjnie, żadnych dolegliwości, waga wskazuje zdecydowanie zbyt duże liczby a płeć Potomka pozostaje niepotwierdzona. No i mogłabym się żywić czekoladą, której normalnie nie jadam za wiele ^^

Tą króciutką informacyjką pozdrawiamy wszystkich, już w oficjalnym zestawie 2+1 (choć to +1 jeszcze po niewłaściwej stronie brzucha) i do następnego wpisu - tym razem już ze zdjęciami jakimiś ;)

poniedziałek, 24 lutego 2014

Wielki comeback!

Obiecałam Dziewczynom Kochanym (wy wiecie o kim mówię :P), że wrócę. 

Dalej nie mogę znaleźć weny tfurczej na usprawiedliwienie się :P powiedzmy ogólnie, że życie wywróciło mi się do góry nogami, na lewą stronę i jeszcze trochę skrzywiło się po skosie :P Może później, stopniowo coś napiszę, ale skoro mam wrócić na ciepłe łono blogosfery na dłużej, nie mogę zacząć z grubej rury.

Mag-ik wymogła na mnie obietnicę, że jak tylko zakończę aktualna robótkę to coś napiszę, zatem piszę :P

Ostatnio wpadłam w serwety robione na drutach. Dostałam spadkowy, wiekowy kordonek, a nawet kilka, w różnych kolorach... No dobrze, żeby być uczciwą, muszę przyznać, że dostałam cały wór kordonka, a z zapasu każdego koloru można by obszydełkować cała rodzinę :P

Z szydełkiem jakoś nigdy się nie polubiłam więc przez dobre pół roku zachodziłam w głowę, co ja mogę z tego kordonka zrobić. Prób było kilka, kilka pomysłów, wszystkie do bani. Ostatnio dopiero, nie wiem co mnie napadło, pomyślałam - serwetka i zobaczymy bo później być może serwetki, sztuk więcej. Zabrałam się za druty, oczywiście najcieńsze jakie mam w stajni - 2,0 KnitPro, wybrałam ciekawy niebieski kolor, wzór: Doily with Spiral by Verlag Otto Beyer Design Team i jazda. Poszło błyskawicznie, na tyle szybko i prosto, że mi się spodobało :) Uwielbiam robić chusty i szale z delikatnych włóczek i obserwować jak wzór przyrasta, ale to była zupełnie inna bajka ;)

Zdjęć brak - serweta prosto z krochmalenia wylądowała u ciotki-od-kordonków i wzbudza zachwyt :P przy okazji wizyty jakiejś pewnie przywiozę zdjęcia. Wzór tylko w formie opisowej, z resztą na początku zawsze było mi łatwiej korzystać właśnie z takiej. 

Po próbie zwieńczonej sukcesem, przeszukałam odchłanie internetów i wybrałam wzór kolejny (zamówienie na prezent po rodzinie) Frosted Ferns #7633 by Herbert Niebling - a bo czemu nie :P robiłam 8 dni i myślałam chwilami, że serdecznie znienawidzę serwetki a w szczególności miliardy podwójnych narzutów, w których H. Niebling się lubował w swoich wzorach. Specjalnie na tapecie trzymałam zdjęcie gotowej serwety bo wiedziałam, ze jeśli zabraknie mi pary to rzucę w kąt i nigdy nie wrócę. Nienawidziłam tej serwety. A jeszcze trochę głupio rozpisany wzór, który zamieściło wydawnictwo "a ja TAK czytam schemat" i podało, że w rzędzie 74tym trzeba przeciąć włóczkę, przełożyć 30 oczek i zacząć od nowa... 

A. w rzędzie 72 (zawczasu) pokazała rozpisce to co Kozakiewicz i zaczęła korzystać ze schematu.. I zaczęło się układać :) Nareszcie widziałam wzór, wiedziałam jak idzie dalej, czy nie ma błędu, a jak się trafił to bez godzinnych rozważań czy cofania się po jednym oczku, naprawiałam od ręki. Znacie to pewnie - ten moment kiedy dokładnie widzisz, jakie oczko zaraz przejdzie w jakie oczko, nie dlatego, że znasz wzór na pamięć, ale dlatego, że jest to ze wszech miar logiczne :) 

W każdym razie, serweta skończyła się wczoraj jeszcze innym brzegiem niż sugerowane - pozamykałam te setki oczek szydełkiem, tak jak kiedyś pokazała IK ;) jednak dopiero dzisiaj wyrysowałam koło, zaznaczyłam na oko 30 punktów po okręgu , wykąpałam serwetę w krochmalu i ponapinałam (z krochmalem wiąże się ciekawa historyjka ale to innym razem ;)) i oto ona: 
zdjęcie na świeżo wygrzebanym z piwnicy materiale zrobione ziemniakiem - wybaczcie, nie chciało mi się wyciagać wypaśnej lustrzanki :P średnica prawie 120 cm

Do Nieblinga nie wrócę za szybko - to na pewno, ale nie jest to moja ostatnia serweta w karierze... Chwilowo odrzucają mnie jedynie nieprzebrane ilości podwójnych narzutów. 

Kobiecie Szyjącej obiecałam za to wieści z frontu roboczego :P ogólnie - nędza... słaby moment startowy, dodatkowy poślizg i weszłam na rynek w najgorszym możliwym momencie. Dla wszystkich innych: w październiku odeszłam z Wielkiej-i-Prężnej-Instytucji-Finansowej, poszłam na swoje i... się nie zachwyciłam. Polskie prawo wychodzi z założenia, że skoro jestem przedsiębiorcą to, za przeproszeniem, wydalam pieniądze w dużych nominałach i ilościach. Jeśli komuś się też tak wydaje to wyprowadzam z błędu. Prowadzę firmę handlową, po opłaceniu wszystkich mniej lub bardziej "dobrowolnych" składek i opłat wychodzi na to, że nawet kosztów jeszcze nie pokryłam. A gdzie dalsze zaopatrzenie? gdzie jakieś inwestycje? gdzie jakikolwiek zarobek? niestety przychody zostają przeżarte, bo skądś na ZUS trzeba mieć, jakoś prąd zapłacić i coś do lodówki włożyć. 

Także aktualnie zimuję, czekam aż trochę większa kasa się trafi to pojadę znowu do Włoch i przywiozę coś bardziej wiosennego. Smutne to, ale nie zaoferuję klientkom ubrań z centrum chińskiego pod Warszawą jako "made in Italy" tylko dlatego, że jak inni sprzedawcy poucinam im te kawałki metek, na których chińskie znaczki widniały (tak - sytuacja w dobrze znanym i odwiedzanym często butiku w centrum stolicy...-.-). Jeśli któraś z Was ma ochotę zerknąć na mój asortyment, pozwolę sobie na reklamę (za którą też nikt mi nic nie płaci :P) i zapraszam: www.100am.pl lub na fejsbóku: 100AM :)

Wieści mam znacznie więcej, ale stopniowo jak te wschodnie tancerki zrzucają woale, tak ja je będę dawkować. Postaram się was nie zanudzić i wrócić na bloga już bardziej na stałe ;)

Na "do widzenia" - nasze paskudy (w ciągu tego roku najmłodsze dziecię nam dorosło i średnio raz na miesiąc funduje nam okres wycia i mrałczenia).





A to Rudi - ponoć wyjątkowo wredne, już bezjajeczne kocisko mojego brata ;)


Ps: Na fejsie w grupie Warszawa szyje wrzucałam już to zdjęcie :) ale tutaj też się pochwalę. Co znalazłam w naszej piwnicy, odkurzyłam i zachwyciłam się faktem, że działa i to działa cichutko ;)

sobota, 13 kwietnia 2013

Takie tam - różniaste i skończona umywalka...

Wróciłam :) wciągnęło mnie na trochę życie, ale wracam na łono blogowe z tarczą a nie na tarczy :) 

Hydraulicznie - FO

Za oknem burza i tym bardziej, mimo wiosennych temperatur, nie chce się człowiekowi wysuwać nosa za drzwi zatem dokończone zostało rozpoczęte dwa tygodnie dzieło zniszczenia łazienkowego ;) Normalnie nie zajęłoby wszystko więcej niż pół dnia, jednak połączenie braku czasu, małej ilości snu i małej ilości siły, studiów, konieczności prokurowania jakiegoś jedzenia oraz nieszczęsnego prawa Murphy'ego pokazującego swoje możliwości, rozciągnęło wymianę umywalki na dwa tygodnie :/
Ale po kolei. Najsampierw porównanie: przed i po :)
Widać różnicę, prawda? :) 
A teraz na serio:
Wybaczcie krzywość drugiego zdjęcia, ciężko sfotografować lustro nie pokazując w nim również swojego roboczego ubrania ^^

Zyskaliśmy schowek łazienkowy na środki czystości ogólnomieszkaniowej, rury nie plączą się po widoku a powierzchnia użytkowa maleńkiej łazienki jakoś tak wzrosła. No i macie ostatnią, miejmy nadzieję, okazję do podziwiania naszych paskudnych kafelków ;) Jak dobrze pójdzie będzie malowanie w okolicach lata - ale o tym kiedy indziej. Kibelka nie pokażę, ponieważ z różnych przyczyn, mimo planów jest wciąż niewymieniony i straszy swoja obskurnością. Ale za to ręce myjemy już w ślicznej nowiusieńkiej porcelanie, lśniącej białością, co samo w sobie powiększa optycznie pomieszczenie ;)

Dodatkowo zamocowane mamy w miejscach strategicznych nowe wieszaki na ręczniki :)
Tu widać oba, na przeciwnych końcach wanny

I ponownie się chwalę swoim ultra przydatnym wyrobem szyciowym - kieszenie rulez!

Teraz zostaje wymienić i przesunąć muszlę, wstawić obok regalik i pomalować kafle a łazienka strasząca wcześniej swoimi miniaturowymi rozmiarami i małą praktycznością stanie się pałacem :) W kolejny wolny weekend mam w planie przygotować i zamocować pierwszą półkę - nad drzwiami. Na jakieś ręczniki, zapasy papieru czy nadprogramowe środki czystości - będzie praktycznie acz minimalistycznie.

Przygotowałam sobie cały długi tekst traktujący o ewentualnych pułapkach wymiany umywalki, ale stwierdziłam, że nie będę Was zawalać prawdopodobnie bezużyteczną wiedzą. Zachowam posta na później, albo jak ktoś będzie potrzebował to mogę się doświadczeniami podzielić ;)
Na zakończenie tego tematu - miniaturowy przegląd przygód i innych atrakcji ;)
Pudełko - i wszystko jasne ;) a tak żyliśmy przez kilka dni...
Braki w długości rurek oraz poprawiona wersja (wyrób foliowy służył zatamowaniu wątpliwie przyjemnych wyziewów z rur:/)

Drutowo - WIP

Druga wersja bolerka fasOLI dalej w trakcie robienia. Natknęłam się na chwilowo nierozwiązywalny problem i UFOk powędrował na koniec szuflady.
Ale na innych drutach aktualnie króluje paulie. Jestem na etapie łokcia pierwszego rękawa, robię bardzo dokładne notatki, więc drugi rękaw pójdzie jak z płatka, potem tylko listwa brzegowa i skończę. Może na uczelnię w przyszły weekend już będę miała nowy ciuszek :) Cieszę się bardzo zwłaszcza, że kontrolne przymiarki potwierdziły idealnie dobrany rozmiar :) W końcu zrozumiałam działanie próbek: wyliczyłam na podstawie swojej, że muszę robić rozmiar S (mimo metra w biuście) i SUKCES!!!
Oto i moje Work In Progress:
Ten Granat to grafitowy jest, aparat się nie zna :P

A, i miałam się wypowiedzieć na temat KP Karbonz. Zasadniczo jestem zadowolona, nawet bardzo. Nie haczą nawet cienkiej włóczki, chociaż na moherze nie sprawdzałam (nie przepadam za taką włóczką), nie kleją się do rąk jak akrylowe druty, są gładkie jak metalowe ale dużo lżejsze, no i wydaje mi się, że żyłka jest jeszcze bardziej elastyczna niż w wymiennych akrylowych, które mam. Jedyne moje zastrzeżenie to to, że w jednym drucie coś mi zaczęło grzechotać w środku. Nie przeszkadza to w żaden sposób w dzierganiu ale jest zastanawiające.

Szyciowo - WIP

Tu również WIP. Miałam dopiero później rozpocząć pracę nad konstrukcją bluzki ale zostałam wywołana do tablicy przez Wiolę (puszczam do Ciebie oczko Wiolu ;) ) z matematycznym problemem. Mój ścisły umysł nie pogodził się z wynikiem równania a kazał mi dodatkowo sprawdzić otrzymany wynik w praktyce. Tak zaczęło się WMpP - Wielkie Mazanie po Papierze przeplatane zarzucaniem Wioli mailowymi pytaniami. Wszystkie me wątpliwości z wielką cierpliwością zostały rozwiane, problemy wyjaśnione i oto JA - osoba na konstrukcji ubrań znająca się jak kura na pieprzu, stworzyłam podstawowy wykrój bluzki wyglądający tak:
Wiolu - już mi wszystko działa!! :)

Plus, zostałam przez J. uwieczniona podczas ciężkiej pracy fizycznej przy tworzeniu rysunku:

Puchnę z dumy i padam do stópek i fokle ;) samo szycie przerobię jak uporam się z paroma wiszącymi sprawami okołostudyjnymi ale po wstępnej weryfikacji rzeczywistych wymiarów (jeśli czegoś nie sknocę przy samym szyciu) otrzymam dopasowaną bluzeczkę na swoją kopniętą figurę ;)

Inne - WIP (?)

Cóż, jak wiadomo, nie tylko remontami, drutowaniem i szyciem żyje człowiek ;) Gdzieś tam przez życiorys, w tak zwanym "MIĘDZYCZASIE" (spodobał mi się termin ;) ) przewijają się jakieś sprzątania, gotowania, prace zawodowe czy naukowe. Magisterka wciąż zarasta kurzem, planuję szeroko zakrojone nad nią prace na weekend majowy. Praca zawodowa - no cóż, daje mi pieniądze ale nie znaczy to, że muszę ja kochać czy nawet lubić. Chociaż ostatnio czuję się raczej jak dama negocjowalnego afektu w swojej nienawiści do obowiązków, za których wykonanie dostaję pieniądze. W pozostałym czasie zmagam się z bezsennością, przewalam się nocami po łóżku nie mogąc zasnąć i powoli zaczynam odchodzić od zmysłów. Po dwóch tygodniach dopiero wczoraj po raz pierwszy bez problemów zasnęłam i liczę, że stan ten się już utrzyma. Wariujący z powodu wycieńczenia błędnik to nie jest coś czego komukolwiek bym życzyła :/

Atrakcje: 

W ostatnim poście informowałam, że Mężczyzna Mojego Życia - J. ze swoim głównym składem wydał płytę. Przesłuchałam jej już co najmniej 50 razy i coraz bardziej ją uwielbiam więc przypominam, że jest coś takiego dostępnego w sprzedaży. Jeśli nie chcecie wydawać kasy i nabijać nam kabzy, to polecam: TUTAJ J. zorganizował małą rozdawajkę ;) można w prosty sposób zdobyć płytę i zaproszenie na koncert zaplanowany na przyszłą sobotę w Warszawie, samą płytę lub samo zaproszenie. Ja na koncercie oczywiście będę obecna i będę się pławić w glorii i chwale mojego mężczyzny :P oraz plotkować gdzieś po kątach. Zapraszam serdecznie osoby z Warszawy ;) Osoby spoza Warszawy - jest ogromna szansa, że na fali ogromnego sukcesu płyty (oczywiście osiągniętego ponieważ zachęceni przez mnie będziecie wydawać na nią swoją krwawicę) będzie w tym roku jeszcze wiele koncertów w innych miastach ;) zatem zapraszam, najbliższy sklep gdzie kupicie płytę Night Rider jest tam ---> no już, wstajemy od komputera i kurcgalopkiem lecimy ustawić się w kilometrowej kolejce ;)

A i miałam jeszcze o kotach napisać, no bo jak to - post bez kota nie istnieje ;) Skarżyłam się już u IK w komentarzu, że moja kudłata kota - MONA - strasznie się zadredziła. Oczywiście wielkie kłębowisko sfilcowanej sierści nie powstało samoistnie. Łapki do tego przyłożyła Młoda, z uporem maniaka wyczesując długą i miękką sierść siostry. Przez tydzień usiłowałam kota rozczesać, dzieląc paskudną czynność na znośne odcinki (znośne zarówno dla kota jak i dla mnie). Niestety, kiedy wczoraj trafiłam palcami na miejsce, które uważałam za rozczesane i wymacałam sfilcowane na sztywno futro, podjęłam ciężką decyzję. Nożyczki w łapkę i kota obcinamy. Ponownie musiałam rozłożyć działanie na kilka etapów, ponieważ kot uważa, że w trakcie obcinania sierści najlepiej się spaceruje. Dredy (naprawdę ufilcowane na sztywno) są tuż przy skórze więc każde cięcie musi być bardzo dokładne i delikatne, żeby nie uszkodzić przy tym istoty kota :P W związku z tym mamy aktualnie kota prezentującego swoim futrem obraz nędzy i rozpaczy, normalnie dziecię wojny i głodu. Powycinana w fantazyjne wzorki, w przedziwnych miejscach, kompletnie niesymetrycznie, wygląda na siódme dziecko stróża ;) ale jaka się przytulaśna zrobiła kiedy czuje głaszczącą rękę na ciele a nie przez warstwę sztywnego futra ;) Niestety to co wycinam jest zbite z koszmarne kłęby więc na próby przędzenia się nie nadaje, nawet gdyby ktoś był zainteresowany :/ Oto mój biedny, zawstydzony, paskudnie przez Pańcię wygolony Paskudek:
Jesteśmy na etapie: tylna część prawego boku, lewa strona brzucha, kawałek lewego frontu, prawa strona ogona oraz ćwierć kryzy od góry już podcięte :P

A żeby nie było im smutno - pozostałe paskudy oraz przykład, jak Młoda reaguje na okazywanie czułości ;)
"A idź potworze!! kysz!!!"

Wspominałam już, że legowisko się przyjęło i w dowolnej jednostce czasu zawiera co najmniej jednego kota? ;)

 - "Moja!!! Nie oddam" - A bierz w cholerę;)

Tym miłym akcentem ogłaszam kolejne zniknięcie z własnego bloga :/ liczę, że nowy wpis pojawi się za dwa tygodnie, chociaż kto wie - może wcześniej jeśli będzie okazja i czas na zrobienie zdjęć plenerowych :) i nie, nie będę wynosić umywalki na podwórko, żeby jej zrobić zdjęcia :D
Ponownie zapraszam na koncert (szczegóły tutaj) i do kolejnego odcinka "Życia z wariatami, drutami, kotami i innymi pierdołami" :D

Pozdrawiam 


piątek, 29 marca 2013

z wielką pompą życzę

Chciałabym niniejszym życzyć Wam wszystkim wesołego bałwana, ośnieżonej choinki i rubasznego.... królika. Zastanowienie mnie dzisiaj złapało - grudzień to czy prawie kwiecień? Popatrzyłam po okolicznościach domowych i:
 - mam brudne okna - kto w zimie będzie je mył - logiczne,
 - choinki, sztuk dwie, mają się całkiem nieźle, jeśli przejadę się kawałek po mieście i odwiedzę mamę, to nawet pooglądam choinkę ubraną w bombki i łańcuchy,
 - na parapecie z zewnątrz - śnieg,
 - temperatura - no ja Was proszę...-.-
Szybkie logiczne wnioskowanie - mamy Gwiazdkę. Zatem wielu prezentów pod choinką Wam życzę, może ktoś w końcu znajdzie tam wiosnę...-.-

Wpisu hydraulicznego nie będzie. Nasza umywalka przejawia pewne cechy przeciętnego sprzętu łazienkowego - leci do niej woda i nawet ta woda z niej odpływa prawidłowo, ale... No właśnie. Wkrótce zostanę stałym elementem ekspozycji w sklepie hydraulicznym - dzisiaj odbyłam tam kolejną pielgrzymkę. Nie ma to jak poniewczasie zorientować się, że skoro cała umywalka poszła do góry za sprawą szafki, to rurki doprowadzające wodę mogą być równie "za krótkie" co te odpływowe. Perfidnie zwalam winę na swoją absorbującą pracę w tym tygodniu. A reszta - cóż... Umywalka sama w sobie lata gdzie popadnie, ponieważ próbując wywiercić dziury w kafelkach pod jej mocowanie, dobiłam wiertarkę. Staruszką może nie była, ale w ramach protestu już przed moimi działaniami wierciła jeno trzymana poziomo pod odpowiednim kątem a trzymana w ręku - mieliła powietrze sama z siebie. Tak czy inaczej w każdym możliwym położeniu odmawiała dzisiaj współpracy - może to ta pogoda tak zadziałała.
Stwierdziłam, że chociaż ręce będziemy myć w święta jak ludzie - na stojąco, a nie z skłonie nad wanną i podłączyłam instalację mimo fruwającej umywalki. A gdzie tam! Ciepła woda leci jak ta lala, a zimna na mniej więcej ćwierć gwizdka -.- rozkręciłam całą instalację zimnej wody, wywaliłam ze dwa zwitki starej taśmy uszczelniającej z głębin rurek, skręciłam z nadzieją na nowo, odkręciłam wodę i... nosz kurna! Za radą ojca szanownego sprawdziłam perlator, czy nie zasyfiony - też nie. Zatem lany poniedziałek uczczę, w ramach protestu, pigułą śnieżna z parapetu... HOWGH!

Nie mam już siły do tej instalacji i dochodzę do wniosku, że gdybym się uparła celem zemsty, odnaleźć jej projektanta/wykonawcę to znalazłabym go niechybnie w domu wariatów...  albo szybko sama bym tam wylądowała -.- Porzucam temat do poniedziałku, kiedy być może złoży nam wizytę mój szanowny rodziciel i do gruntu technicznym umysłem ogarnie to diabelstwo.

Z ciekawostek - z trudnymi pytaniami odnośnie spraw technicznych zwracam się zawsze do swojego ojca, od którego wiatropylnie przejęłam wiedzę tego typu; z prostymi - polegam na internetach. Dzisiaj, zwróciwszy się do wujka Google z zapytaniem "wiercenie w glazurze" dostałam linka do strony na której było jak wół:

"Jak borować w glazurze? 
Często mamy pasztet, iż trzeba wywiercić odstęp w zapory na jakiej jest glazurka.wiercenie Normie główne: W glazurze drążymy nagminnym wiertłem do betonu albo dodatkowym wiertełkiem do binokle, gresu a ceramiki W wiertarce wykluczamy udar. Sposoby na wiercenie w "zamiaru".
Na płytce w miejscu wiercenia naklejamy taśmę, np. malarską. To będzie tłumiło ślizganiu się wiertła. Stopniowy sposób, ażeby zażegnać ślizganiu się wiertła jest spokojne zarysowanie szkliwa płytki, tam dokąd będziemy borować. Możemy w miejscu wiercenia przydzwonić gwóźdź a miękko przyłożyć w onego młotem. W miejscu najścia winniśmy pozostawać uszczypnięte szkliwo. Otóż wiertło nie powinieneś się ślizgać."

Oplułam monitor, obśmiałam się i rozesłałam znajomym, żeby dowiedzieli się, że trzeba przydzwonić gwóźdź a miękko przyłożyć w onego młotkiem oraz pamiętać o binoklach podczas szczypania szkliwa. No i mamy pasztet aktualnie - jak za oknem ;)

Drugie bolerko utknęło chwilowo, próbki do Still light tunic oraz Paulie się zrobiły, przydałoby się jeszcze je przeliczyć i porównać do podanych we wzorach ale nie miałam na to nawet chwili ostatnio. Szef mój w środę wyprawił wielką pożegnalną imprezę, w czwartek machnął ręką na do widzenia i się zawinął, a ja, jak po wszystkim wróciłam wczoraj do domu to czułam się w nim bardziej obco niż w biurze a następnie przespałam prawie cały wieczór i popołudnie. Także wybaczcie brak nowości w tematyce robótkowej, ale życie pod postacią pracy zarobkowej oraz hydrauliki mnie dogoniło i upomniało się o swoje.

Trzymajcie się zatem tam - jak ja - tej odrobiny nadziei, u mnie pod postacią ciurkającej zimnej wody. Na pożegnanie dodam tylko:



PS: Mężczyzna mojego życia: J. - żeby nie było wątpliwości, Król jest na drugim miejscu ;) wydał wraz ze swoim głównym składem płytę. TUTAJ możecie znaleźć zajawkę. Płyta jest absolutnie fantastyczna, proszę kupować i nabijać nam kabzę, żeby następnym razem umywalkę wymieniał nam pan, któremu za to zapłacimy ;)
A tu próbka (zespołu, nie Pana):


PS2: pamiętajcie, żeby jutro wypatrywać pierwszej gwiazdki zanim siądziecie do wigilijnej kolacji - jestem przekonana, że padliśmy ofiarą prób z wehikułem czasu i mamy aktualnie grudzień. I tej wersji będę się trzymać do końca, mojego lub jej. HOWGH!

Buziaki :)

wtorek, 26 marca 2013

nieparlamentarnie...

ponieważ tylko takie słowa się na ust mych korale cisną... normalnie jak nie urok to sraczka, nie miałaś babo kłopotu - kupiłaś sobie umywalkę i szafkę w sumie za 88 pln. Potem drugie tyle wydałaś na osprzęty i pomoce instalacyjne (bo z domu wszystko wywiało) a potem okazało się, że nic nie pasuje bo nowa umywalka ma ździebko gdzie indziej odpływ (dokładnie po sporym skosie od oryginału), rura odpływowa w ścianie lata jak sobie chce i nie da się jej uchwycić, pan w sklepie, po pół godzinnej dyskusji z użyciem fachowej nomenklatury i tak wcisnął ci niepasujące do siebie elementy, a sam sklep jest otwarty jedynie w godzinach 7:30-17:00. Z planów weekendowych wymiany umywalki zrobił się plan tygodniowy (5ty dzień wygięcia przy myciu rąk czy zębów nad wanną), mnie powoli powieka zaczyna latać w tiku nerwowym, panu w sklepie jutro z peryferiów zrobię jesień średniowiecza (zwłaszcza, że można go dorwać jeno w godzinach porannych, kiedy z zasady nie należę do zadowolonych ani nawet obojętnych ludzi), J. chowa się przede mną po katach i udaje że go nie ma a koty tylko udają. Co udają - tego jeszcze nie wiem ale jest to wyjątkowo denerwująco patrzący i oddychający gatunek. Jestem zła, jestem wściekła i para mi uszami strzela. 
A dom kompletu, późnym wieczorem szef, w drodze na ważną kolację dzwoni do mnie z zapytaniem "gdzie jest mój portfel?"... że jeszcze moja głowa nie zrobiła "PUF" i nie wybuchła - to jest cud prawdziwy i uważam dzień dzisiejszy za święto narodowe. Bo jak to wszystko w końcu weźmie i jeb.... hmmm, pierdyknie, to w Pernambuko przez 2 pokolenia będą się rodzić napromieniowane dzieci...

Normalnie jakiś taki okres jest. Co się nie weźmie człowiek to szlag coś trafia. Niech ta zima (skończyły mi się przekleństwa) się nareszcie skończy bo normalnie jeszcze chwila i się rozpuknę ze złości -.-

W międzyczasie, w wielkich bólach powstaje wiekopomny post pt: "W poszukiwaniu kąta prostego" traktujący o dobrodziejstwach własnoręcznych napraw w mieszkaniu, zwłaszcza takim z lat 60tych, nie remontowanym od lat 80tych...
Poza tym zrobiłam bolerko na słonia - jakbym miała już umywalkę to może bym pokazała. Robię również nowe bolerko, w rozmiarze bardziej zbliżonym do jednostki ludzkiej, oraz rozpoczynam próbkę na sweterek. W międzyczasie gnębiąc fasOlę pytaniami i wątpliwościami ;) No co ja poradzę, że ta &^*)^&%#$$*&)( umywalka nie chce sama się zrosnąć z odpływem? no co? no nic... i właśnie na taki opór materii nieożywionej opada mi wszystko łącznie z biustem . I to jest właśnie ten moment kiedy należy otworzyć flaszkę napoju wyskokowego (nie mylić z Red Bullem), złożyć ofierze losu w ofierze a następnie oddalić się po cichu i mieć nadzieję, że zima skończy się szybciej niż zapowiadają...

howgh, no i pozdrawiam i ten no...  trzymajcie się... i oddajcie mi wiosnę!!!!! :(

albo chociaż naprawcie umywalkę :(

pozdrawiam

wtorek, 12 marca 2013

Aktualności - w końcu ze zdjęciami :)

Znowu mnie rzeczywistość przycięła na chwilę ;) ale za to miałam szansę w praktyce sprawdzić jak się ma moja wiedza hydrauliczna. A ma się dobrze. Nowy osprzęt umywalkowy zdobi łazienkę mojej mamy i nic już jej nie cieknie w szafce a kran nie wygląda jak pożerany przez istotę z kosmosu ;) Moja nowa umywalka z szafeczką czeka na moment kiedy wypożyczę wyżynarkę i będę się dla odmiany pastwić nad swoją domową instalacją ;) Swoją drogą - jeśli planujecie w bliższej bądź dalszej przyszłości remonty bądź wymiany sprzętów - już zacznijcie obserwować promocje - nam udało się nabyć całkowicie wystarczającą szafkę z umywalką za całe 88 złotych polskich. Może pokażę stan początkowy (trupa domowego) i stan po, jeśli w ogóle chciałoby Wam się o tym czytać ;) Niestety - nasze mieszkanie wymaga remontu, takiego "zniszcz do zera i od zera robimy na nowo" a pociąga to za sobą koszty, których nie bylibyśmy w stanie pokryć aktualnie ani na przestrzeni najbliższych paru lat. Zatem jestem na etapie wynajdowania sposobów "jak tanio, z dużym nakładem pracy własnej zabalsamować trupa" pilnując zarazem przy kupowaniu sprzętów, żeby były one możliwe do wykorzystania po ewentualnym remoncie (o ile dożyją) i nie pozwalając na zarżnięcie budżetu domowego. Trudna to jest zabawa, wymaga mnóstwo siły, ale jak człowiek spojrzy jak bardzo poprawiły przydatność mieszkania dwa przemeblowania i jakieś malowanie, to aż chce się włożyć w to jeszcze troszkę siły. 

Chociażby - aktualnie na wiosnę planuję odświeżanie kuchni (J. już dostał wysypki na myśl ile to będzie pracy wymagało od nas obojga). Odświeżanie - malowanie (ściany są czarne - serio serio, malowanie kafelków - szare są, oraz fug - czarne aktualnie - jak to każde ponad-10-letnie), szlifowanie szafek (dziadek zrobił szafki drewniane - takie gniotsa niełamiotsa, musimy tylko zdjąć "cudny" czerwony kolor i pomalować na nowo oraz poprawić mocowanie ścienne), wymiana gumoleum i jakieś drobne poprawki. Drobne typu: jeden bok szafki trzeba wymienić po nadłamany, porządniej drzwiczki opadnięte zamocować, przesunąć lodówkę i obok niej zrobić dodatkowy schowek - takie tam pierdółki. Jak ma już człowiek dobrą wiertarkę (w naszym wypadku młot udarowy - kocham ściany ze zbrojonego betonu....) i wyżynarkę wypożyczone to reszta z górki.
Jeśli w ogóle bylibyście zainteresowani takim odbiegnięciem od tematu robótkowego (chociaż roboty remontowe to tez robótki ;) ) to z chęcią się swoimi doświadczeniami podzielę ;)

Wracając do tematu rękodzielniczo-drutowego. Aktualnie na drutach test bolerka dla fasOLI. Wzór dostałam już chwilkę temu, niestety poniewczasie zorientowałam się, że włóczki to jednak nie posiadam na składzie i muszę zamówić (wybrałam śliczny lawendowy kolorek). Nie byłabym sobą gdybym nie dobrała do zamówienia tego: 
 Zdjęcie bez kota jest zdjęciem straconym ;)

 Tam na dnie jest Kid Royal Alize - ale J. zapomniał ją ująć.



Szary i niebieski są z przeznaczeniem na TEN sweterek (może nareszcie wydziergam coś noszalnego). Włóczka to Zitron Trekking Sport - dostępna w  e-dziewiarce. Domawiałam już po zapłaceniu za pierwotne zamówienie i zostałam obsłużona iście po królewsku :) dziękuję serdecznie - jest Pani wspaniała :) Dwa rodzaje fioletu są na TĘ tunikę. Taki przynajmniej jest zamysł, czy wyjdzie - zobaczymy. Ponieważ brak było takiego rozmiaru w moim komplecie KniPro, zamówiłam testowo druty Karbonz, rozmiar 3.0, żyłka 80 cm (normalnie rozchwytywany rozmiar chyba - to jedyne druty jakie w nim są dostępne O_O) z zamiarem wypróbowania ich przy Still Light Tunic. Jeszcze nie testowałam, ale wyglądają imponująco. Zostałam upomniana przez J., że określenie "Mercedes wśród" już nie świadczy dobrze o jakości, więc powiedzmy, że uważam je za Roll-Royce wśród drutów KnitPro z którymi miałam do czynienia. Plus pierdółki typu miarka do drutów i łączniki do żyłek KnitPro (często robię coś sporego i te łączniki już przy Echo Flower mi się śniły ;) ). 

W poprzednim poście zachwalałam Everyday Himalaya i też dorwawszy się do źródła tych włóczek nie poskąpiłam funduszy:


Dalej twierdzę, że to najfajniejszy w dotyku akryl z jakim miałam do czynienia. Zielonego są dwa motki z planem zrobienia J. nowego kompletu na jesień/zimę, bo z TEGO kompletu zgubił już czapkę... :( W każdym razie - potrzebny jest zastępczy komplet - na wszelki wypadek ;) a skoro włóczka nie obłazi i nie drapie - jest jak znalazł. Reszta zaplanowana na niewielkie projekty, jakieś moje wymarzone rękawiczki/mitenki (mam dwa motki czarno-szaro-biało-czerwonego), jakieś skarpetki może etc. No i chciałam zobaczyć na własne oczy kolorystykę, więc reszta po jednym motku ;)

Wracając do bolerka fasOLI. Robię dzielnie i wciąż mam wrażenie, że się nie wyrobię :/ K. TUTAJ  a ovillo TUTAJ pokazały już zakończone bolerka a ja w lesie - na 30 rzędzie a przede mną jeszcze szydełkowa bordiura. Kto robił na szydełku z moheru chyba wie o czym mówię - boję się, że zawiodę autorkę i ogólnie dam ciała bo na przykład robię za luźno na drutach :( ale robię dzielnie z przerwami na wykonywanie zawodu hydraulika oraz pisanie tego posta (pracę i jedzenie pomijam :P). Zobaczymy. Bolerko jest przepiękne w zamyśle, a ja już rozważam, jak ja mam je zaprezentować skoro nie mam nawet jednej rzeczy bez ramiączek. Trzeba było jednak się spiąć i wyrobić na gorsetową zabawę Wioli ;) Swoją drogą dziewczyny zaszalały :)

Ze spraw innych:
 - moja magisterka została zaakceptowana z kosmetycznymi poprawkami, jakoś nie mam weny ich wprowadzić, zaczęłam kolejny semestr, plan mam z czapy kompletnie, na temat poziomu nauki i poziomu uczestników studiów się nie wypowiem bo na samą myśl gula mi skacze. Zwłaszcza jak porównam sobie podejście niektórych do podejścia jakie prezentowała moja grupa ładnych parę lat temu na licencjacie... ręce i nogi i parę innych ważnych elementów opada jak się patrzy na przyszłych magistrów :/
 - dzisiaj zostały oficjalnie podane zmiany kadrowe u mnie w pracy, o których wspominałam kiedyś tam. Zasadniczo mój osobisty szef, dla którego istnieje moje stanowisko - odchodzi do innego kraju z końcem marca, dostaję innego szefa, a to czy "przypadniemy" sobie do gustu jest moim "być albo nie być" na rynku ludzi dostających regularne pensje... Gorzej, że już wiem, że raczej się nie zazębiamy a sytuacja na rynku pracy jest jaka jest. Inna sprawa, że jestem już mocno posunięta w latach liczonych jako wiek reprodukcyjny i mimo całego atosu-patosu-i-domestosu prezentowanego przez firmy odnośnie braku mobbingu wobec zatrudniania takich jak ja kobiet - mam małe i maleńkie i nikłe szanse na znalezienie stałego zatrudnienia. Pracodawca wychodzi z założenia, że jestem potencjalnym inkubatorem z datą uruchomienia w momencie kiedy dostanę umowę na czas nieokreślony. Nawet mimo znajomości 4 języków, wyższego wykształcenia i doświadczenia liczącego ponad dekadę. A zmiana kierunku pracy na "cokolwiek co da mi pieniądze" znowu rodzi problem - niewiele jest miejsc gdzie bez doświadczenia w dziedzinie dadzą na start więcej niż magiczne minimum (1600 pln) a jeszcze mnie miejsc gdzie z moim CV w ogóle ktoś stwierdzi, że chce ze mną porozmawiać ("skoro ma takie doświadczenie to na pewno krzyknie sobie XXXX pln" - ogromne pieniądze). Od dwóch lat usiłuję się przekwalifikować i odzew jest niestety zerowy. Także szukam aktualnie alternatyw, bo mimo trzech lat spędzonych w aktualnej firmie mój okres wypowiedzenia (przy rozwiązaniu umowy przed końcem kwietnia) wynosi 2 tygodnie, co daje mi jeszcze jeden pełny miesiąc pracy na pewno, a potem - wielka niewiadoma. Ponarzekałam na sytuację - nie ulżyło mi niestety ale przestrzegam przy okazji - jest ciężko...

Odchodząc od tego niemiłego tematu - poza tym bez zmian. Praca dalej funduje mi poziom stresu potworny wręcz, robótki mnie odstresowują ;) planowanie odświeżania mieszkania napędza mi siły do dalszego działania. Wszystko byle się nie poddawać - jakoś sobie poradzę. Jak źle by nie było - dam sobie radę, wszak zawsze dawałam ;)

Wracam zatem do dziergania bolerka, oglądając w tle Doctor Who - naprawdę fajny serial, jeśli człowiek przymknie oko na jego pierwotna niskobudżetowość oraz słabość efektów specjalnych za tym idącą ;)

Trzymam się, takoż i Wy się trzymajcie :)

Pozdrawiam

PS: na pewno wspominałam/odsyłałam, że mój J. prowadzi bloga muzyczno-motoryzacyjnego. Ostatnio zrobił wielkie porównanie samochodów rodzinnych dla basisty. Wspomniany basista z założenia nie jest jak ta duża pizza co to wyżywi czteroosobową rodzinę, więc i czterokołowce z porównania są ekonomiczne pod każdym możliwym względem ;) 
Usiłuję go namówić na zrobienie jakiegoś zestawienia, z którym wspomni moje 3 ulubione autka: Audi TT, garbusa i Fiata 500 ale jakoś mi słabo idzie :P 
Ale polecam podrzucenie tekstu małżonkom/mężczyznom swojego życia/transportowym decydentom - moje Szczęście ma oko do samochodów i wiedzę ogromną wręcz. A już na pewno o segmencie aut co to się-nie-psuje-za-często/nie-kosztuje-dużo/części-znajdziesz-pod-kioskiem - czyli coś jak mój target ;)

A na dobry wieczór - Hejka w nowym legowisku ;) Ogólnie moje starsze koty nigdy nie darzyły wielką estymą urządzeń przeznaczonych dla kotów. Drapakiem bawią się od przypadku do przypadku a poprzednie legowisko uznały za nowomodna kuwetę do tego stopnia, że trzeba było wyrzucić. A tu - niespodzianka - śpią w nim na zmianę ;) 
Jest bardzo wygodne - sprawdzałam na własnym odwłoku :P i ma naszyty na środku kwiatek z futerka ;)

środa, 27 lutego 2013

Przerwa

Kolejna przerwa w pisaniu :/ przyznaję się - nie miałam weny. W sumie to dalej nie mam, ale nie wypada tak sobie odpuścić pisania, kiedy pozostali blogowicze prezentują swoje cuda - no wstyd normalnie :)

Prawdę mówiąc, za dużo do pokazania to nie mam. Kilka projektów się udziało, ale wymagają drobnych poprawek/wykończeń, więc jeszcze chwilę poczekają. W tym wpisie Kobieta Szyje wspomniała o tajemniczo rozmnażającej się po kątach/pudłach włóczce. Mam taką jedną. Jakiś prosty akryl, w ładnym kolorze bakłażana (chyba... jakiś ciężki jest do zdefiniowania). Czasem coś z niego robię, jakiś drobiazg: pokrowiec na telefon, kwiatek na szydełku, dodam do opaski na uszy... O ile pierwsze dwie opcje trwają do dzisiaj w stanie docelowym, o tyle rzeczy typu opaska walają się po szafkach (no bo jak to tak? opaskę z akrylu nosić kiedy obok opaska z przemiłej wełenki? "błe..." :/) albo uległy spruciu a resztki włóczki - archiwizacji w okrągłym segregatorze (if you know what I mean ;) ). 
W każdym razie ile bym nie robiła z tej włóczki, ile bym jej mocno zużytych i splątanych ostatecznie resztek nie wywaliła - zawsze w jakimś kartonie mam ze dwa nietknięte palcem motki oraz całe mnóstwo kłębuszków. Będąc dobrej myśli po wyczytaniu, że Wioletta zużyła w końcu swoje resztki, postanowiłam coś z tym zrobić. A co można zrobić z dużą ilością kompletnie przeciętnego akrylu, którego jedyną zaletą jest przyjemny kolor? No oczywiście, że komin. A żeby jeszcze zwiększyć zużycie postawiłam na coś w rodzaju komina - pętlę szalową. Skorzystałam z TEGO wzoru i robiłam i robiłam i robiłam. Efekty są następujące:

Udało mi się pozbyć praktycznie wszystkich luźnych kłębków, w kartonie zostały dwa nietknięte motki. A komin, no cóż... Na aktualne temperatury nijak mi nie pasuje do płaszcza zimowego posiadającego swój własny kołnierz, zatem poczeka na wczesną wiosnę. A wtedy zapewne będzie mnie denerwował wiecznym pozostawianiem włosków na czarnym, wełnianym płaszczu, więc znajdę mu nową właścicielkę ;)

Prawie zapomniałam jak się robi na drutach z akrylu :/ w sensie, że skrzypi, jest nieprzyjemny dla dłoni i rozłazi się w gotowym wyrobie wręcz potwornie... Cóż za ogromna różnica jeśli wziąć pod uwagę, że ostatni mój większy udzierg był zrobiony z Drops Lace. A aktualnie na drutach mam Malabrigo Lace :( brr, zaprawdę - czas pozbyć się resztek nieładnych akryli z pudełek i przenigdy już do nich nie wracać. 

O właśnie, zapomniałabym - tutaj pokazałam Razem-wiczki zrobione z akrylu Himalaya, który ma w opisie informację, że to specjalny taki - nie-"obłażący" i nie-"kulkujący" się. I powiem tak - to jest objawienie. Jak chyba każdą sztuczną włóczkę Himalaya - ciężko ją w dotyku kojarzyć z dobrze znanymi nam paskudnymi, skrzypiącymi akrylami. Od tego producenta dostajemy włóczkę mięciutką i gładką, która skrzypi odrobinkę na akrylowych drutach KnitPro, ale już na teflonowych czy metalowych jest cisza. I rzeczywiście, jak reklamują - żadnego mechacenia, żadnych kulek. Może odrobina latających włosków przy dzierganiu ale skoro gotową rzecz możesz wrzucić do pralki i po prostu wyprać bez utraty jakości i kształtu - to to nie jest wada. Mam jeszcze resztkę czerwonego koloru ale na Allegro u tego sprzedawcy znalazłam ponownie i to w dużo większej gamie kolorystycznej:
lub:
Zdjęcia ze strony http://delfinoyarns.gr/
Najwyraźniej włóczka występuje jeszcze w odmianie Baby oraz Baby Lux, ciekawa jestem kiedy do nas przybędą ;)

Już ostrzę sobie zęby. Potwierdzam, że jest to prawie najfajniejszy akryl z jakim się zetknęłam (chociaż w dotyku najprzyjemniejszy jest również firmy Himalaya ale Mercan moim zdaniem) a to, że się nie mechaci podbija niniejszym pozycję Everyday na numer jeden wśród akrylowych włóczek. A że cena jest sympatyczna również, to wkrótce zaprezentuję kilka rzeczy z niego zrobionych ;)

Wracając do najnowszych efektów robótkowania. Wprawdzie jeszcze nie gotowe, ale ponad 50% za mną, poniżej mitenki z tego wzoru:

A teraz małe wyjaśnienie:
 - czemu znowu mitenki - nie przepadam za rękawiczkami: ani to z portfela drobne wyciągnąć, ani się solidnie złapać śliskiej poręczy w komunikacji miejskiej, ani to skorzystać z dobrodziejstw telefonu z dotykowym ekranem (to ostatnie chyba najgorsze). Zdecydowanie wolę mitenki i póki mi palce nie odmarzają je właśnie noszę.

 - czemu z Malabrigo Lace (bo właśnie ta włóczka jest w składzie) - bo mam jedne zrobione z Malabrigo Lace i mogę je nosić nawet jak jest bardzo zimno i poza samymi palcami jest mi idealnie ciepło a nie pocą mi się dłonie, jak przy mitenkach/rękawiczkach z akrylu. Poza tym noszę Gingko shawlette oraz opaskę na uszy z tej właśnie włóczki a miałam jeszcze jeden motek i chcę mieć komplet kolorystyczny ;)

 - skoro już mam odpowiednie mitenki z tej włóczki, to po co mi kolejne? - niestety to co się stało z tymi mitenkami jest straszne :( w połowie są sfilcowane (głównie pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym), przez co mocno się skurczyły - co najmniej jakbym ich używała jako rękawiczek na rower albo kajak... Reszta się tak potwornie kulkuje, że wzór praktycznie zginął. Stąd konieczność wyprodukowania kolejnej pary. Jeszcze nie wiem co zrobię z obecnymi, może wrzucę do wody i dofilcuję do końca? ktoś ma jakiś pomysł? bo żal tak po prostu wyrzucić bądź skazać na zapomnienie w jakimś pudle... Zdjęć nie będzie - fotomistrz w rozjazdach więc radzę sobie jak umiem ;)

 - No dobrze, ale skoro robię z Malabrigo Lace ponownie, czy nie będą wyglądać tak samo za parę miesięcy? otóż nie, jak zapewne zauważyliście, mitenki są robione z mieszanki - Malabrigo z ciemno granatową włóczką. To moje najnowsze odkrycie, prosto z budki pasmanteryjnej na bazarku przy Wałbrzyskiej - akryl w wersji Lace ;) Włóczka Natura Kristal - zwinięta w motek podwójnie. Musiałam opracować metodę rozdzielenia dwóch nitek, co zajęło mi dobrą chwilę acz sam sposób muszę chyba opatentować ;) 

Podsumowanie akrylu - kolor granatowy, w opasce na uszy także go użyłam (była to wprawdzie wełna Kashmir Wnuka ale mimo noszenia codziennie nie widać śladów sfilcowania), więc będzie pasowało. 
Sama włóczka - no cóż, jak to akryl, rozwleka się w robótce (pierwsza próba zakładała rękawiczki w paski - zły pomysł), ale jest gładziutki z lekkim połyskiem, nie skrzypi (chociaż zakładam, że to kwestia grubości samej nitki) i jak na razie ładnie stabilizuje podatne na filcowanie Malabrigo. A sama wełna nadaje kształt i głębię wzorowi. Jak się ta mieszanka sprawdzi to się okażę jak zacznę używać gotowych mitenek ;)

Ogólnie: wiedziałam doskonale, że Malabrigo będzie się filcować. Wszak najpierw zrobiłam Gingko i już po paru użyciach widać było efekty. Nie narzekam - sama jakość włóczki i kolorystyka wynagradzają wszystko. Ale o ile chustę da się podratować kąpielą w roztworze octu o tyle na mitenki nic już się nie poradzi - ot specyfika takiej a nie innej części garderoby.

Poza powyższymi dokonaniami około drutowymi popełniłam jeszcze jeden drobiazg maszynowy a szykuję się do paru kolejnych. Muszę się zebrać w sobie i poszyć trochę - ale jak tu szyć, kiedy po powrocie z pracy słońca czy czasu nie ma za grosz, a w weekendy pogoda również nie dopisuje (nie mam światła górnego w pokoju gdzie szyję) no i człowiek nadaje się jedynie do leżenia do góry brzuchem. Czekam zatem na powrót słonecznych dni oraz pragnę nadejścia wiosny :(

W każdym razie, jak pisałam tutaj, dokonałam zakupu sprzętu elektronicznego. Na rynku jest kilka pokrowców ale właściwie żaden nie spełnia tych wymagań jakie pokrowcowi na tablet postawiłam. Najpierw myślałam o otwieranej, usztywnionej wersji - a la okładka książki. Potem doszłam do wniosku, że właściwie to bez sensu, skoro korzystam głównie w domu i głównie na stojaku - musiałabym za każdym razem wyplątywać tablet z uchwytów. Póki co, na krótkich trasach korzystałam z okładki starego kalendarza (idealny wymiar - wyrwałam tylko część zeszytową), zatem postanowiłam ją wykorzystać. Ponieważ okładka jest sztywna, nie mogłam zaplanować wywracania pokrowca na lewą stronę, musiałam podejść do problemu zupełnie inaczej. Pierwotna wersja zakładała uszycie pokrowca na okładkę od kalendarza a następnie zrobienie z tego "kieszonki" na tablet z bokami zrobionymi z gumki. Niestety zakupiona gumka okazała się być wyjątkowo niesforna w kwestii przyszywania wzdłuż, a przede wszystkim zbyt wąska. A że potrzebowałam pokrowca praktycznie na wczoraj, zamocowałam gumki w sposób zupełnie inny i jestem całkiem zadowolona z efektu. Mam błyskawiczny dostęp do tabletu kiedy potrzebuję, pokrowiec jest usztywniany, a fakt, że nie ma stałych boków umożliwia mi podłączenie ładowarki bez wyjmowania sprzętu ;) Zewnętrzna warstwa: sztywny jeans, środek: fioletowa satyna pikowana z ociepliną, usztywnienie: okładka starego kalendarza w formacie B5. Pikowanie właściwie wyszło samo z siebie w momencie składania warstw, kratki robione na oko, odległość między nimi taka sama jak między igłą a lewym brzegiem maszyny ;)

Gumeczki są przyszyte w poprzek po różnych stronach okładki, przy zamykaniu lewą przekłada się na prawo a prawą na lewo ;) tutaj: jedna - bliżej grzbietu - "zamknięta", druga - na brzegu - "otwarta"

To jest naprawdę ładny fiolet, nie żadne różowości jak zdjęcie sugeruje ;)


Następny w planie pokrowiec na Kindle, tym razem otwierany właśnie jak książka, ze stałym i solidnym mocowaniem samego Kindla. Okładka od drugiego kalendarza (format A5) już czeka, tylko tym razem nie użyję jej w całości, ale wykorzystam osobno przód i tył jako usztywnienie poszczególnych elementów pokrowca, żeby łatwiej było zszyć w całość.
Jeśli uda mi się złapać za nogi wenę szyciową to mam już kilkanaście projektów w kolejce. A szansa realizacji jest spora, bo dosłownie czuję nosem i paroma innymi częściami, że owa wena czeka dosłownie za zakrętem... Żeby jeszcze czasu było chociaż odrobinę więcej. 

A co w świecie poza robótkowym? Prawie nic. W ten weekend odbieram magisterkę z uwagami od promotora i czas będzie się zabrać za rozdział praktyczny, do którego dane teoretycznie mam ale muszę całą koncepcję jeszcze raz przemyśleć bo dane są specyficzne i mogą być do mojego badania niewystarczające (a innych nie ma z uwagi na rodzaj działalności, pozostaje wymyślić :/).

Koty dwa się wdzięczą i ciągle przytulają, kota trzecia wariuje, szaleje i wyje. A w międzyczasie intensywnie trenuje umiejętność otwierania drzwi... Czym, nie ukrywam, doprowadza nas oboje do szału. Najpierw otwierała jedynie sypialnię i jedynie jak kładliśmy się spać - bo tęskniła. Potem zaczęła włazić do sypialni o dowolnej porze, również pod naszą nieobecność. Następnie opanowała otwieranie drzwi nie tylko wtedy, kiedy trzeba je popchnąć, ale też kiedy trzeba je pociągnąć. Zniechęcanie jej do ćwiczeń przez zamykanie za karę w sypialni straciło sens. Potem, nasz kochany i niewątpliwie uroczy koteczek, opanował sztukę włamywania się do łazienki. Oczywiście kiedy ktoś w niej siedzi i cóż... próbuje się relaksować. Zatem na chwilę obecną mamy w mieszkaniu wyjątkowo rozwydrzonego małego włamywacza, mającego za nic prywatność  :/ i nie - blokady drzwi nie pomagają.
Zapadła decyzja o wymianie klamek na gałki w ten weekend. I tylko mamy nadzieję, że mimo przedpotopowości drzwi w mieszkaniu, gałki będą pasowały. Jeśli nie będą, obawiam się, że następnym krokiem będą szelki i bardzo krótka smycz na małego paskuda... :(

Któregoś poranka J. zdybał Młodą na włamie do pustej łazienki. Dzięki temu zdobyliśmy dokumentację, której w razie czego użyjemy w obronie przed zarzutami o maltretowanie Młodej oraz dziwne hałasy w środku nocy (hałasy ograniczające się do "miauuuu, miał.... łup o drzwi, brzdęk o szybę, skrzyyyyyyyp klamki, pstryk zapadki, łup o podłogę, skrzyyyyyp otwierających się drzwi"). Poniżej  zdjęcia dowodowe przedstawiające Młodą w trakcie popełniania włamu. Podopieczna jest w tej materii niereformowalną recydywistką, przy czym całkowicie zaprzeczamy jakoby ktoś Młodą tresował bądź uczył podobnych czynów. Cwana bestia sama opanowała tę umiejętność a teraz się jej całymi dniami oddaje...

Poza tym cisza, wiatr wieje w szparach okiennych (serio :/), koty wyją, a ja nadrabiam zaległości serialowo-czytelnicze i coś tam sobie powoli dłubię.  
W kwestii seriali - uprzedzam Was przed rozpoczynaniem oglądania House of Cards - serialu internetowego z Kevinem Spacey. Jeśli sama tematyka okołopolityczna jest w stanie Was zainteresować to nie oderwiecie się od serialu przed ostatnim odcinkiem serii i będziecie wyć bo nie wiadomo kiedy będzie następna. Mnie uratował fakt posiadania jeszcze kilkunastu odcinków do obejrzenia z innej serii, która mnie równie wciągnęła. Także tyle, żeby nie było, że nie uprzedzałam.
Z beczki tematycznej "okołokomputerowe" mam jeszcze parę ciekawostek/informacji:

 - na pewno wszyscy zainteresowani mniej lub bardziej nowinkami wiedzą już, że nie tak dawno (ze dwa tygodnie temu) weszła do Polski usługa Spotify. Usługa to może złe określenie - platforma muzyczna. Jeśli ktoś słucha dużo muzyki (bez względu na gatunek) to polecam. Sama wykupiłam abonament i jestem szczerze zachwycona. Muzyki słucham codziennie w drodze dom-praca-dom i możliwość ułożenia playlisty z każdej nawet najnowszej wydanej płyty na komputerze stacjonarnym i przesłania jej na komórkę jest dla mnie ogromnym ułatwieniem. Także jeśli ktoś słucha sporo a nie lubi wydawać koszmarnych pieniędzy na coraz to nowe płyty - polecam. Program jest całkowicie legalny, istnieje również opcja darmowa, samej aplikacji można używać także jako przeciętnego odtwarzacza muzycznego i korzystać z własnej biblioteki, a w dodatku oferuje możliwość słuchania playlisty stworzonej przez algorytm na podstawie wybranego utworu. Jako wielbicielka "kombajnowych" rozwiązań - polecam ;)

 - dla dziergaczek z zamiłowaniem do technologii - miałam skomentować aplikację Ravulous, która w teorii zapewnia bezpośredni dostęp do Ravelry z poziomu urządzenia z Androidem. W praktyce - nie bardzo. Tzn: owszem zapewnia dostęp, możesz poszukać projektów po nazwach, możesz przejrzeć swoje projekty, zaktualizować ich postęp itd. Ale już nie wyszukasz nowego projektu do realizacji, ani nie dodasz go do swojej kolejki, ani nie będziesz miała możliwości otworzenia samego wzoru jeśli jest dostępny na Ravelry. Ogólnie: odradzam. Za te 9PLN aplikacja nie ma nawet jednej funkcji, której za tę cenę można się było spodziewać. Przy czym zdaję sobie sprawę, że nie jest to aplikacja stworzona przez Ravelry, tylko tzw "fanowska" twórczość, ale wciąż: już wolę uruchomić przeglądarkę na androidzie i mieć dostęp do wszystkiego.

Tyle z mojej strony ;) Żyję nadzieją, że uda mi się wrócić do pisania chociaż raz na tydzień, ale w obliczu ilości rzeczy do zrobienia pozostaje wciąż tylko nadzieją. Chociaż kto to wie ;) Nie zapominajcie o mnie ;)
Na dobranoc oczywiście koteczek ;) dla odmiany ta najmniej upierdliwa wersja ;)

Pozdrawiam :)